lalka izabela i wokulski

Lalka. 7,6. Serial. 1977-1978. 1g. 18m. od 12 lat. Dramat, Kostiumowy. Adaptacja opowieści Bolesława Prusa zrealizowana w formie 9-odcinkowego serialu telewizyjnego. Historia tragicznej miłości bogatego kupca Stanisława Wokulskiego, który dorobił się ogromnego majątku na dostawach wojskowych dla Rosji, do pięknej, wyrachowanej
Lalka - streszczenie w pigułce (z filmem) Wokulski nie posiada się ze szczęścia. W „hołdzie” Izabeli pomaga kilku osobom i załatwia owacje dla Rossiego. Następnie wyjeżdża do Łazienek, gdzie spaceruje z panną Łęcką sam na sam. Po powrocie prosi Rzeckiego, aby ten poszedł do teatru i wręczył artyście album o Warszawie.
Streszczenie "Lalki" z pewnością będzie dobrym pomysłem powtórzenia materiału przed sprawdzianem. Napisana została przez Bolesława Prusa i opublikowana w latach 1887 – 1889. W wydawnictwie wydana w 1890 roku. Autor był kronikarzem oraz działaczem społecznym. Jest uważany za najwybitniejszego polskiego pisarza. "Lalka" ukazuje uczucie dwóch pokoleń, pozytywistów oraz romantyków. Zmagania bohatera śledzi czytelnik, który dostrzec może jego rozdarcie oraz śledzić jego działania ukazywane niczym sterowanie marionetką. Spis treści: Lalka – plan wydarzeń Lalka – streszczenie Geneza i gatunek utworu Lalka Lalka – opis bohaterów Lalka – plan wydarzeń Rozmowa mężczyzn o przeszłości Wokulskiego. Opis dnia Ignacego Rzeckiego. Skarga Rzeckiego. Odwiedziny Wokulskiego u Rzeckiego. Sprzedanie przez Izabelę cennych pamiątek, by poprawić sytuację finansową rodziny. Odwiedziny przez Izabelę sklepu. Zaproszenie Wokulskiego do hrabiny Karoliny. Wspominki Ignacego. Umowa między Wokulskim a Żydem. Wizyta głównego bohatera u Łęckich. Licytacja. Wyjazd głównego bohatera do Paryża. List prezesowej. Przyjazd Izabeli i Wokulskiego. Zamiar zeswatania Wokulskiego z panią Stawską przez Ignacego. Odkupienie kamienicy. Oskarżenie pani Haliny o kradzież. Zaręczyny Łęckiej i Wokulskiego. Podróż Łęckich, Starskiego i Wokulskiego do Krakowa. Próba samobójcza Stanisława. Załamanie Wokulskiego. Choroba Rzeckiego. Odkrycie Ignacego. Pogorszenie się zdrowia Rzeckiego i śmierć. Wyjazd Izabeli za granicę. Plany Izabeli o wstąpieniu do zakonu. Lalka – streszczenie W jadłodajni kilku mężczyzn rozmawiało na temat Stanisława Wokulskiego. Opowiadali, że walczył w powstaniu i po zesłaniu wrócił do Warszawy oraz bogato się ożenił. Umiał w sposób umiejętny pomnożyć majątek. Podczas pobytu w Turcji nad jego sklepem opiekę przejął Ignacy Rzecki. Gdy Wokulski wrócił to, zaczął prowadzić intensywne życie towarzyskie. Zainteresował się rodziną Łęckich, która była w ciężkiej sytuacji finansowej. Stanisław Wokulski wykupił majątek Łęckich, by prowadzić interesy z Łęckim. Córka mężczyzny zainteresowała się Wokulskim i chciała go bliżej poznać. Pewnego dnia sklep bohatera odwiedziła wspomniana wcześniej rodzina. Izabela i Stanisław przyglądali się sobie z zainteresowaniem. Bohater dowiedział się o wystawionej na sprzedaż kamienicy Łęckich i kupił ją oraz konia, który wygrywał na wyścigach. Mężczyzna zaczął uczyć się angielskiego, gdyż ten język jest popularny w arystokracji. Otrzymał zaproszenie od Łęckich. Podczas obiadu Wokulski nie przestrzegał specjalnie obyczajów. Po obiedzie rozmawiał z dziewczyną, a ona wraz z ojcem zaproponowali mu wspólny wyjazd do Paryża. W wolnych chwilach bohater interesował się życiem uboższego społeczeństwa. Rzecki widział zaangażowanie Wokulskiego i ostrzegał go przed Łęcką. Natomiast Łęccy prosili go o wyregulowanie ich rachunków z Żydami. Do spotkania dołączył Kazimierz Starski. Izabela rozmawiała z nim po angielsku, ponieważ przekonana była, że Stanisław nie znał tego języka. Wokulski po tym postanowił wyjechać i ponownie o sklep dba Rzecki. Poznał lokatorów kamienicy oraz panią Stawską, która zrobiła na nim dobre wrażenie. Opiekowała się ona córką i matką. Twierdziła, że byłaby idealną żoną dla Wokulskiego. W Paryżu Wokulski myślał o swoim stosunku do Izabeli. Po powrocie do Warszawy spotkał się z Zasławską. W jej domu jest także Izabela. Dzięki namowie ojca dziewczyna jest dla niego miła. Łęccy byli przychylni temu związkowi, gdyż bogaty mężczyzna mógłby poprawić ich sytuację finansową. Jednak wokół Izabeli było mnóstwo adoratorów. Stanisława to burzy. Pojechali do Krakowa wraz ze Starskim. Izabela flirtowała z nim po angielsku. Wokulski był wściekły i wysiadł z pociągu, chcąc odebrać sobie życie. Uratował go Wysocki, a bohater wyjechał do Rosji. Izabela postanowiła wstąpić do zakonu. Geneza i gatunek utworu Lalka Autor cel powieści określił jako przedstawienie polskich idealistów. Chciał uchwycić moment cywilizacyjnego przełomu, zmiany społeczne oraz polityczne. Lalka jest powieścią realistyczną, gdyż Prus umieszcza w niej akcję wydarzeń historycznych. Czytając, wiadomo jest, kiedy rozgrywają się wydarzenia opisywane, a kiedy miejsca zamieszkiwane przez bohaterów. W utworze występują wszystkie sfery społeczne Warszawy, od arystokracji oraz mieszczaństwa, po biedotę. Lalka jest utworem epickim, na który składa się: dużo środków stylistycznych, w narracji oraz dialogach i monologach, czas, który jest konkretny, zdarzenia, które mają wysoki stopień prawdopodobieństwa, narrator jest obiektywny i jego rola maleje oraz staje się mało widoczny, miejsca akcji, które są dokładnie przedstawione. Lalka – opis bohaterów Ignacy Rzecki – subiekt Wokulskiego. Dziwny, zabawny, sympatyczny. Pisze pamiętnik, z którego dowiedzieć się można wielu rzeczy. Pracuje w sklepie. Ma za sobą bohaterską, żołnierską przeszłość. Stanisław Wokulski – człowiek bogaty, właściciel sklepu i kamienicy. Szlachcic z ciekawą przeszłością. Zakochany beznadziejnie w Izabeli Łęckiej. Izabela Łęcka – piękna arystokratka o zimnym sercu. Ma wysokie mniemanie o sobie. Podoba się mężczyznom. Często popada w zachwyt nad sobą. Prezesowa Zasławska – staruszka, szlachetna i mądra. Lubi Wokulskiego, z jego stryjem łączył ją kiedyś romans. Pani Wąsowska – inteligentna, samodzielna. Prawidłowo ocenia Wokulskiego. Pani Stawska – uczciwa i pracowita. Mieszka z matką i córką w kamienicy Wokulskiego. Kazio Starski – były konkurent panny Izabeli. Po powrocie z zagranicy wznawia zaloty do niej. Julian Ochocki – arystokrata zafascynowany nauką. Marzy o latających maszynach, decyduje się poświęcić życie nauce. Geist – uczony, podobny do alchemików.
\nlalka izabela i wokulski
Izabela zgodziła się za. niego wyjść, ale tylko dla pieniędzy. Stanisław podczas zaręczyn. od Geistia we Francji. Chociaż wiele on dla niego znaczył, Izabela jadąc. ze Starskim pociągiem drwiła z Wokulskiego. Myślała, że nie zna on. angielskiego, jednak wszystko zrozumiał. Wokulski zrozpaczony wysiadł z.
Lalka Bolesława Prusa to absolutna podstawa polskiej literatury. Jest uznawana za najwybitniejsze dzieło polskiego realizmu i jedno z największych osiągnięć polskojęzycznego piśmiennictwa w historii. Opowieść o nieszczęśliwej romantycznej miłości zamożnego kupca galanteryjnego do pięknej, choć lekkomyślnej i bezpodstawnie narcystycznej arystokratki, należy niezachwianie do kanonu polskiej sztuki i od dziesiątek lat zdobywa serca nowych pokoleń czytelników. Nie znać Lalki to jak nie znać tabliczki mnożenia. Lalka – streszczenie krótkieLalka – streszczenie szczegółoweLalka – streszczenie krótkieGłównym wątkiem Lalki jest nieszczęśliwa miłość Stanisława Wokulskiego, bardzo zamożnego kupca galanteryjnego, do młodej arystokratki, Izabeli Łęckiej. Mężczyzna specjalnie w tym celu dorabia się majątku, który umożliwia mu dostanie się do wyższych sfer, lecz jego ukochana jest zbyt dumna, żeby dać się adorować komuś tak nisko urodzonemu. Wokulski stara się ją zdobyć na najróżniejsze sposoby, wykupuje długie jej ojca, wspiera rodzinę finansowo, pomaga jej krewnym i znajomym, robi wszystko, by zaimponować Łęckiej. Ta, po wielu zabiegach kupca, który poświęca dla niej swoją pracę, zdrowie, a nawet możliwość odkrycia epokowych wynalazków, zgadza się zostać jego narzeczoną, lecz na jego oczach dopuszcza się aroganckiego flirtu z Kazimierzem Starskim, co prowokuje Wokulskiego do ostatecznego zerwania zaręczyn i do nieudanej próby samobójczej. Po tym wydarzeniu Wokulskiemu już nigdy nie udaje się wrócić do pełnej równowagi. W końcu wyzbywa się wszelkich dóbr i wyrusza w podróż, a słuch o nim ginie. Innym wątkiem Lalki jest dziennik prowadzony przez Ignacego Rzeckiego, bliskiego przyjaciela i współpracownika Wokulskiego. Jest to człowiek starej daty, romantyk, od młodości zakochany w Napoleonie. Człowiek ten jest samotny i oprócz pracy i przejmowania się życiem Wokulskiego, ma tylko wspomnienia, z walk, w których brał udział w czasie Wiosny Ludów na Węgrzech w 1848 roku. Rzecki przeżył również wielki zawód miłosny, przez który chciał ze sobą skończyć, co jeszcze bardziej zbliża go do stereotypu bohatera romantycznego. Wieść o śmierci Napoleona IV doprowadza go do znacznej utraty zdrowia. Ważnym bohaterem w Lalce jest również Julian Ochocki. Jest to przedstawiciel najmłodszego pokolenia – ludzi w pełni zaabsorbowanych przez idee pozytywistyczne. Ochocki jest energiczny, ma wiele pomysłów i mnóstwo zapału do pracy na rzecz ludzkości, jednak utrudnia mu to brak odpowiednich warunków. Jest zdegustowany pustotą życia szlachty, z której pochodzi, jej nieporadnością i postępującą degrengoladą. Lalka to również panorama polskiego społeczeństwa drugiej połowy XIX wieku, oglądanego w perspektywie Warszawy. Jest więc z jednej strony arystokracja, która w dużej mierze zatraciła już jakiekolwiek atrybuty i autorytet, zajęta jest wyłącznie trwonieniem majątków na przyjemności, za nic mając potrzeby społeczeństwa (chwalebnymi wyjątkami są Julian Ochocki czy prezesowa Zasławska). Jest również mieszczaństwo, podzielone na wiele narodowości, z których rzadko która nie pała uprzedzeniami wobec innej. Każdy skupiony jest tu na własnym interesie i graniczy z cudem znalezienie człowieka nastawionego na pomoc ubogim. Jest wreszcie warstwa najuboższa – ludzie, którzy nie są w stanie pracować na rzecz poprawy gospodarki państwowej, ponieważ każdego dnia muszą walczyć o przetrwanie. Lalka porusza również temat stanu współczesnej XIX-wiecznej nauki oraz technologii. Wątek ten przejawia się w zainteresowaniach wynalazczych Ochockiego, w postaci profesora Geista i jego pragnieniu wynalezienia metalu lżejszego od powietrza, wreszcie w samym Wokulskich, którego nauka pociąga, jednak poświęca tę pasję na rzecz starania się o miłość Łęckiej. Lalka – streszczenie szczegółowePowieść rozpoczyna się od sceny rozmowy kilku mężczyzn w pewnej kawiarni na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie w 1878 roku. Rozmawiają oni o Stanisławie Wokulskim i losach jego sklepu galanteryjnego znajdującego się nieopodal. Z rozmowy dowiadujemy się, że Wokulski to przedsiębiorca, który dzięki swojej wytężonej pracy i determinacji doszedł do fortuny, mimo biednego urodzenia. Przerwał studia, by wziąć udział w powstaniu styczniowym, za co został zesłany na Sybir, skąd wrócił w 1870 roku. Zatrudnił się jako subiekt w sklepie Mincla, po którego śmierci ożenił się z wdową po nim. Kiedy jego żona zmarła, Wokulski odziedziczył rodzinny majątek, a po jakimś czasie postanowił go rozmnożyć na wojnie rosyjsko-tureckiej, z której lada dzień miał powrócić. Pod jego nieobecność sklepem zawiaduje jego przyjaciel, stary subiekt, Ignacy Rzecki. To człowiek starej daty, który w sklepie rodziny Minclów spędził większość życia. Charakteryzuje go romantyczne usposobienie, samotniczy tryb życia, poświęcenie się pracy oraz wpojona jeszcze w dzieciństwie przez ojca miłość do Napoleona. Rzecki brał udział w walkach w czasie Wiosny Ludów w 1848 roku. Wokulski wraca do kraju i spotyka się z Rzeckim. Mężczyźni rozmawiają, okazuje się, że Wokulski stał się bardzo majętnym człowiekiem. Mówi, że zrobił fortunę, by nikt nie wypominał mu, że wzbogacił się dzięki spadkowi po Minclach, lecz potem okazuje się, że pieniądze były mu potrzebne, by móc wejść w zamożne towarzystwo Izabeli Łęckiej. Poznajemy Izabelę Łęcką i jej ojca Tomasza. Kobieta jest nieprzeciętnie piękna i jednocześnie nieprzeciętnie zepsuta przez arystokratyczne wychowanie i życie w luksusach. Od hrabiny Karolowej dowiaduje się, że jej ojciec przez nieodpowiedzialne gospodarowanie stracił większość majątku, a ratunku z tragicznej sytuacji finansowej upatruje w znajomości z Wokulskim, który ma obracać jego pieniędzmi i w ten sposób zarobić. Okazuje się, że Wokulski kupił również srebra Łęckich oraz wykupił ich weksle, co doprowadza Izabelę do wniosku, że mężczyzna próbuje ją osaczyć. Kobieta postanawia udać się do jego sklepu, gdzie konfrontuje się z mężczyzną. Robi Wokulskiemu na złość zamieniając z nim tylko kilka słów i flirtując z subiektem. Mężczyzna wyrzuca sobie zakochanie w takiej kobiecie i wybiera się na spacer po Powiślu, gdzie jest świadkiem życia najbiedniejszej warstwy społeczeństwa. Dwa dni później w Wielki Piątek, Wokulski udaje się do kościoła, gdzie kwestują hrabina Karolowa i panna Izabela, na oczach których składa duży datek. Obiecuje również wsparcie finansowe dla ochronki dla dzieci hrabiny. Izabela zachowuje się wobec niego arogancko. Wokulski w kościele spotyka również prostytutkę Mariannę, której pomaga wyrwać się z ulicznego życia. Kupiec udaje się na śniadanie wielkanocne do hrabiny, gdzie zostaje wprowadzony w towarzystwo arystokracji, w którym budzi zarówno pozytywne, jak i negatywne reakcje. Zostaje przedstawiony prezesowej Zasławskiej, która – jak się okazuje – w młodości miała romans z jego stryjem, przez co jest kupcowi przychylna. Wokulski wychodzi ze spotkania z mieszanymi uczuciami. Wokulski nawiązuje znajomość z panem Collinsem, który uczy go angielskiego (dla zaimponowania Izabeli) oraz panią Meliton, znaną warszawską swatką, która ułatwia mu zbliżanie się do rodziny Łęckich. Mężczyzna jest obecny na spotkaniu, które ma na celu zebranie inwestorów dla spółki handlowej z Rosją, która ma usprawnić warszawski rynek i stworzyć miejsca pracy. Na spotkaniu poznaje on Juliana Ochockiego, młodego arystokratę, który jednak różni się od zmanierowanych i zblazowanych przedstawicieli swojej kasty. Jest energiczny, ambitny i przedsiębiorczy, marzy o wynalezieniu maszyny latającej dla dobra ludzkości. Gardzi pustotą życia arystokracji oraz płytkością uczuć współczesnych kobiet. Przypadają sobie z Wokulskim do gustu. Wokulski dowiaduje się o licytacji kamienicy Łęckich i decyduje się ją kupić za cenę mocno przekraczającą jej wartość, by wspomóc finansowo Łęckich. Zawiązuje w tym celu intrygę ze starym Szlangbaumem i adwokatem Maruszewiczem, by Ci sztucznie wywindowali cenę kamienicy. Wokulski kupuje również od baronowej Krzeszowskiej (nieprzychylnej Łęckim) klacz, która ma duże szanse na wygraną w zbliżających się wyścigach. Wie bowiem, że w ten sposób może zrobić wrażenie na Łęckiej. Klacz wygrywa wyścig, co rzeczywiście robi wrażenie na Izabeli, która zachowuje się wobec adoratora bardzo łaskawie. Pojawia się przy nich również baron Krzeszowski, który żartuje, że adoratorzy Izabeli dorabiają się jego kosztem, co wprawia w zakłopotanie Łęcką i za co Wokulski wyzywa barona na pojedynek, z którego on wychodzi zwycięsko, a baron z okaleczoną twarzą. Mężczyźni godzą się, a baron wystosowuje do Izabeli list, w którym prosi o pogodzenie. Taki ruch powoduje falę dobrych myśli kobiety, która jednak nadal ma ogromny problem z zaakceptowaniem Wokulskiego w swoim towarzystwie ze względu na jego niskie pochodzenie. Zaprasza go jednak na obiad, w czasie którego mężczyzna umyślnie zachowuje się po prostacku, by sprowokować rozmowę, w której mógłby popisać się swoim bogatym doświadczeniem. Pada postanowienie o wspólnej podróży Łęckich i Wokulskiego do Paryża. W czasie spaceru po Łazienkach, Wokulski rozmawia z Izabelą o przyjeździe do Warszawy wybitnego aktora włoskiego – Rossiego. Mężczyzna obiecuje ukochanej, że aktor będzie w Warszawie oklaskiwany jak nigdzie dotąd. Później opłaca ludzi którzy wywołują na jego występach burzę oklasków. W tym samym czasie dochodzi do licytacji kamienicy Łęckich, którą w imieniu Wokulskiego kupuje Szlangbaum. Kupiec ponadto obiecuje Łęckiemu bardzo duży procent z obracaniem jego pieniędzmi, a także spłaca jego długi u Żydów. Izabela jest coraz bardziej zaniepokojona tym, jak Wokulski coraz bardziej wkracza w życie jej i jej ojca, zwłaszcza, że Łęcki wydaje się być nim oczarowany. Do Warszawy wraca Kazimierz Starski, daleki kuzyn Izabeli, młody, narcystyczny i arogancki człowiek, który roztrwonił cały swój majątek na hulaszczy tryb życia, jeden z adoratorów Izabeli. Jego odwiedziny zbiegają się z odwiedzinami Wokulskiego. Izabela na złość kupcowi, rozmawia z kuzynek po angielsku, którego ten pierwszy nie rozumie. Mężczyzna czuje się upokorzony i opuszcza dom Łęckich. W rozgoryczeniu postanawia samotnie wyjechać do Paryża, odpowiadając na zaproszenie Suzina, z którym ma tam robić interesy. W tym czasie Rzecki ma gospodarować kamienicą Wokulskiego. Wokulski trafia do Paryża, gdzie zajmuje się interesami z Suzinem i zarabia bardzo dużo pieniędzy. Przy okazji poznaje Paryż, który robi na nim ogromne wrażenie. Wchodzi również w kontakt z niejakim profesorem Geistem, który jest niepoprawnym i ekscentrycznym wynalazcą, wyklętym ze środowiska naukowego za zbyt rewolucyjne wyniki badań. Geist próbuje namówić Wokulskiego na zainwestowanie w swoje wynalazki – nowe metale, w tym jeden lżejszy od wody. Geist rozsiewa przed kupcem perspektywę wynalezienia metalu lżejszego od powietrza. Wokulski jest właściwie zdecydowany na to, by pozostać w Paryżu i wejść we współpracę z profesorem, jednak dochodzi do niego list od prezesowej Zasławskiej, która zaprasza go do swojego majątku i dodaje, że specjalnie zaprosiła tam również Izabelę. Wokulski automatycznie zmienia swoje plany o sto osiemdziesiąt stopni i od razu wraca do Polski. Wokulski przybywa do Zasławka, gdzie poznaje kolejnych arystokratów: barona Dalskiego, jego młodą narzeczoną, Ewelinę Janocką, Felicję Janocką, Kazimierę Wąsowską. Są tam również Łęccy, Ochocki, Starski oraz gospodyni – prezesowa Zasławska. Wokulski jest pod wrażeniem tego, jak dobrze funkcjonuje majątek starej arystokratki. Widać, że nie spędziła ona życia na próżnych zbytkach, lecz na pracy na rzecz najuboższych. Kolejne dni upływają obecnym na wspólnych posiłkach, rozmowach, spacerach oraz przejażdżkach konnych. Izabelę denerwuje to jak życie Zasławka kręci się wokół Wokulskiego, dlatego traktuje go złośliwie. Po jakimś czasie jednak zaczynają ze sobą rozmawiać dużo otwarciej niż do tej pory i Wokulski wyznaje kobiecie głębsze uczucie, czego Izabela nie odwzajemnia, ale też nie odrzuca. Para spędza ze sobą kilka dni. Idą do ruin zamku, gdzie Wokulski obiecał Zasławskiej wyryć na kamieniu kilka wersów Mickiewicza na pamiątkę jej romansu ze stryjem kupca. Najmuje do tej pracy miejscowego rzemieślnika Węgiełka, który imponuje mu swoją pracowitością, dlatego postanawia mu pomóc w odbudowaniu warsztatu. Łęcka nagle wyjeżdża, ale daje dużo nadziei Wokulskiemu. Po powrocie do Warszawy Wokulski dowiaduje się o fałszywym oskarżeniu Krzeszowskiej wobec Heleny Stawskiej, młodej wdowy i samotnej matki opiekującej się również swoją matką, która rzekomo miała ukraść lalkę z domu baronowej. Wokulski namówiony przez Rzeckiego staje w obronie kobiety, która jest osobą bardzo szlachetną, pracowitą i uczciwą. Kupiec upokarza przed sądem baronową i wydaje się, że zbliży się do Stawskiej, która jest nim zafascynowana, lecz nie potrafi przewalczyć uczucia do Łęckiej. Pomaga jednak kobiecie, daje jej dobrze płatną pracę (dotąd ledwo wiązała koniec z końcem) w swoim drugim sklepie, a także pomaga dowiedzieć się czegoś o jej zaginionym mężu, który – jak się okazuje – umarł zagranicą. Wokulski decyduje się sprzedać sklep, ponieważ jego zawód umniejsza mu w oczach Łęckiej. Wywołuje to sprzeciw Rzeckiego i zmianę stosunków wśród subiektów, gdyż nowym właścicielem ma zostać Szlangbaum, któremu dotąd dokuczono ze względu na żydowskie pochodzenie. Wokulski ubolewa nad tym, że nie został zaproszony na bal do księcia, na którym miała pojawić się Izabela. Rzecki jednak namawia go, by wieczór ten spędzili u Stawskiej i jej matki, co też robią, jednak potem Wokulski w tajemnicy jedzie pod pałac księcia i przypatruje się balowi przez okno, na czym przyłapuje go zaniepokojony Rzecki. Wokulski coraz częściej jest u Łęckich i coraz bardziej zbliża się do Izabeli, jednocześnie coraz bardziej przekonuje się o płytkości jej oraz świata, w którym ona żyje, jednak cały czas tłumaczy to tak, by nie ucierpiał na tym wizerunek ukochanej. Napięcia tego typu łagodzą spotkania ze Stawską, która jest łagodna, mądra i spokojna. Wokulski ostatecznie zniesmacza się do Łęckiej, kiedy widzi jak ta na pokaz ekscytuje się grą Moliariego – przeciętnego skrzypka, modnego wśród zblazowanej arystokracji. Zniesmaczenie jednak mija i zamienia się w poczucie winy, które prowokuje go do jeszcze bardziej wiernopoddańczego oddania się Łęckiej. Łęckich wzywa do Krakowa ciotka Hortensja, wraz z nimi w podróż udaje się Wokulski i Starski. W pociągu Wokulski jest świadkiem porażającej sceny: Starski i Łęcka myśląc, że mężczyzna nie rozumie angielskiego, flirtują ze sobą i obmawiają go. Wokulski pogrąża się w rozpaczy obserwując jak jego świeżo upieczona narzeczona daje się obłapiać adoratorowi-bankrutowi, który na dodatek cały czas go obraża. Kupiec pozoruje wezwanie go do Warszawy i wysiada z pociągu na stacji w Skierniewicach, jednocześnie dając do zrozumienia że wszystko zrozumiał. Kiedy pociąg odjeżdża, mężczyzna próbuje popełnić samobójstwo z żalu, lecz ratuje go przed tym dróżnik – brat Wysockiego, któremu kupiec pomógł uzyskać posadę. Po powrocie do Warszawy Wokulski pogrąża się w apatii. Nigdzie nie chodzi, nikogo nie przyjmuje, rozmawia tylko z Szumanem i Rzeckim. Wycofuje się ze spółki handlowej, którą podobnie jak sklep, przejmuje Szlangbaum, co powoduje wycofanie się wielu inwestorów. Po paru miesiącach wegetacji, Wokulski powoli zaczyna wracać o żywych. Zachęcony przez Ochockiego, wraca do zainteresowania nauką, odwiedza Wąsowską, z którą wdaje się we flirt. Do niczego jednak nie dochodzi ani z Wąsowską, ani ze Stawską. Mężczyzna pozbywa się ruchomości, żegna się z Rzeckim mówiąc, że sam nie wie, co z nim teraz będzie i wyjeżdża do Moskwy. Powieść kończy się rozdziałem, w którym dokańczane są wszystkie wątki. Baron Dalski zrywa z Eweliną Janocką po nakryciu jej na zdradzie ze Starskim, Węgiełek rozczarowuje się małżeństwem z Marianną, Rzecki planuje założenie sklepu z Mraczewskim i Stawską, którzy się pobierają, Tomasz Łęcki umiera, a Izabela straciwszy resztki szacunku i ostatnich adoratorów, powzięła zamiar pójścia do zakonu. O Wokulskim krąży wiele plotek, jedne mówią, że oszalał, inne, że planuje wyjechać aż do Indii i Ameryki. Węgiełek w liście do Rzeckiego sugeruje, że kupiec nie żyje, gdyż był widziany na zamku w Zasławiu na chwilę przed eksplozją, a wcześniej był widziany jak kupował dynamit. Nie znaleziono jednak ciała, co przekonuje starego subiekta, że Stach żyje. Na sam koniec umiera Rzecki, którego Szuman określa „ostatnim romantykiem”.
Wybór najważniejszych cytatów o głównym bohaterze Lalki - Stanisławie Wokulskim. Cytaty o Wokulskim, Lalka - streszczenie i opracowanie największego dzieła Bolesława Prusa. Serwis zawiera kompletne omówienie lektury.
Zamyśliła się. — Mój Boże, i cóż na to poradzę?… niechże już pan ma nadzieję, jeżeli tak o nią chodzi… — I to pani mówi, panno Izabelo?… — Tak widać było przeznaczone — odpowiedziała z uśmiechem. Namiętnie ucałował jej rękę, której mu nie broniła, potem odszedł do okna i coś zdjął z szyi. — Niech pani przyjmie to ode mnie — rzekł i podał jej złoty medalion z łańcuszkiem. Panna Izabela ciekawie zaczęła się przyglądać. — Dziwny prezent, nieprawdaż — mówił Wokulski otwierając medalion. — Widzi pani tę blaszkę, lekką jak pajęczyna?… A jednak jest to klejnot, jakiego nie posiada żaden skarbiec, nasienie wielkiego wynalazku, który może ludzkość przemienić. Kto wie, czy z tej blaszki nie urodzą się okręty napowietrzne. Ale mniejsza o nie… Oddając go pani, składam moją przyszłość… — Więc to jest talizman? — Prawie. Jest to rzecz, która mogła mnie wyciągnąć z kraju, a cały mój majątek i resztę życia utopić w nowej pracy. Może byłaby ona stratą czasu, maniactwem, ale w każdym razie myśl o niej była jedyną rywalką pani. Jedyną… — powtórzył z naciskiem. — Myślał pan opuścić nas? — Nawet nie dawniej jak dziś rano. Dlatego oddaję pani ten amulet. Odtąd, oprócz pani, już nie mam innego szczęścia na świecie; została mi pani albo śmierć. — Jeżeli tak, więc biorę pana do niewoli — rzekła panna Izabela i zawiesiła medalion na szyi. A kiedy przyszło wsunąć go za stanik, spuściła oczy i zarumieniła się. „Otom podły — pomyślał Wokulski. — I ja taką kobietę podejrzywałem… Ach, nędznik…” Kiedy wrócił do siebie i wpadł do sklepu, był tak rozpromieniony, że pan Ignacy nieledwie przeraził się. — Co tobie? — zapytał. — Powinszuj mi. Jestem narzeczonym panny Łęckiej. Ale Rzecki, zamiast winszować, mocno pobladł. — Miałem list od Mraczewskiego — rzekł po chwili. — Suzin, jak wiesz, jeszcze w lutym wysłał go do Francji… — Więc?… — przerwał Wokulski. — Ano pisze mi teraz z Lyonu, że Ludwik Stawski żyje i mieszka w Algierze, tylko pod nazwiskiem Ernesta Waltera. Podobno handluje winem. Przed rokiem ktoś go widział. — Sprawdzimy to — odpowiedział Wokulski i spokojnie zanotował w katalogu adres. Odtąd każde popołudnie spędzał u państwa Łęckich, a nawet raz na zawsze został zaproszony na obiady. W kilka dni przyszedł do niego Rzecki. — Cóż, mój stary! — zawołał Wokulski. — Jakże tam z księciem Lulu?… Gniewasz się jeszcze na Szlangbauma, że śmiał sklep kupić?… Stary subiekt pokręcił głową. — Pani Stawska — rzekł — już nie jest u Milerowej… trochę chora… Mówi coś o wyjeździe z Warszawy… Może byś tam wstąpił?… — Prawda, trzeba by zajść — odparł pocierając czoło. — Mówiłeś z nią o sklepie? — Owszem; pożyczyłem jej nawet tysiąc dwieście rubli. — Z twoich biednych oszczędności?… Dlaczegóż nie ma pożyczyć ode mnie?… Rzecki nic nie odpowiedział. Przed drugą Wokulski pojechał do pani Stawskiej. Była bardzo mizerna; jej słodkie oczy wydawały się jeszcze większe i jeszcze smutniejsze. — Cóż to — spytał Wokulski — słyszałem, że pani chce opuścić Warszawę? — Tak, panie… Może mąż powróci… — dodała stłumionym głosem. — Mówił mi o tym Rzecki i pozwoli pani, że postaram się o sprawdzenie tej wiadomości… Pani Stawska zalała się łzami. — Pan taki dobry dla nas — szepnęła. — Niechże pan będzie szczęśliwy… O tej samej godzinie pani Wąsowska była z wizytą u panny Izabeli i dowiedziała się od niej, że Wokulski został przyjęty. — Nareszcie… — rzekła pani Wąsowska. — Myślałam, że nigdy się nie zdecydujesz.
  1. ጾ амիժιчузв
  2. Ըդеጴօнт αтритидικ
  3. ጇբኩπዠск չαфебሩжа νиժу
    1. ጀορωሹиμθто игቴдреγεδ снፋхев δаχамуφац
    2. ኜու էቷεхθсро
  4. Дևኹ оշի
Stanisław Wokulski jest głównym bohaterem powieści Bolesława Prusa Lalka. Czterdziestokilkuletniego mężczyznę poznajemy bezpośrednio po jego powrocie z wojny turecko-bałkańskiej. Dzięki tej niebezpiecznej podróży, bohater w znaczący sposób pomnożył majątek. Z pamiętnika jego serdecznego przyjaciela – Ignacego Rzeckiego
Dołącz do innych i śledź ten utwór Scrobbluj, szukaj i odkryj na nowo muzykę z kontem Czy znasz wideo YouTube dla tego utworu? Dodaj wideo Czy znasz wideo YouTube dla tego utworu? Dodaj wideo O tym wykonwacy Andrzej Kurylewicz 4 004 słuchaczy Powiązane tagi Andrzej Kurylewicz (ur. 24 listopada 1932 r. we Lwowie, zm. 12 kwietnia 2007 r. w Konstancinie-Jeziornie), polski muzyk, kompozytor, pianista, trębacz, puzonista i dyrygent. W wieku 6 lat rozpoczął naukę gry na fortepianie w Szkole Muzycznej we Lwowie. W latach 1946-1950 kontynuował naukę w średnich szkołach muzycznych w Gliwicach i Krakowie. W latach 1950-1954 studiował w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie (w klasie fortepianu u Henryka Sztompki oraz kompozycji u Stanisława Wiechowicza) W 1954 został usunięty z uczelni za uprawianie zakazanej wówczas muzyki ja… dowiedz się więcej Andrzej Kurylewicz (ur. 24 listopada 1932 r. we Lwowie, zm. 12 kwietnia 2007 r. w Konstancinie-Jeziornie), polski muzyk, kompozytor, pianista, trębacz, puzonista i dyrygent. W wie… dowiedz się więcej Andrzej Kurylewicz (ur. 24 listopada 1932 r. we Lwowie, zm. 12 kwietnia 2007 r. w Konstancinie-Jeziornie), polski muzyk, kompozytor, pianista, trębacz, puzonista i dyrygent. W wieku 6 lat rozpoczął naukę gry na fortepianie w … dowiedz się więcej Wyświetl pełny profil wykonawcy Podobni wykonawcy Wyświetl wszystkich podobnych wykonawców
Lalka: Directed by Wojciech Has. With Mariusz Dmochowski, Beata Tyszkiewicz, Tadeusz Fijewski, Jadwiga Gall. Set in the 19th century Warsaw. The indolence of aristocrats who, secure with their pensions, are too lazy to undertake new business risks, frustrates Wokulski.
"Lalka" - bohaterowie powieści Bolesława Prusa to Stanisław Wokulski, Izabela Łęcka, Ignacy Rzecki i Julian Ochocki. Kim byli i czym się zajmowali? Charakterystyka bohaterów powieści. "Lalka" - bohaterowie powieści Bolesława Prusa byli ciekawymi ludźmi o złożonych charakterach. Powieść społeczno-obyczajowa Bolesława Prusa była początkowo publikowana w odcinkach na łamach dziennika „Kurier Codzienny” w latach 1887–1889. Pierwszy raz w całości wydano ją w 1890. "Lalka" znajduje się na liście lektur szkolnych. Znajomość jej treści i problematyki należy do zadań każdego ucznia szkoły ponadpodstawowej. Powieść opowiada o losach przede wszystkim czwórki bohaterów. "Lalka" - bohaterowie powieściStanisław Wokulski - główny bohater powieści Bolesława Prusa. Wokulski łączy w sobie cechy pozytywisty i romantyka. Urodził się w latach 30. XIX wieku, pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej. Porzucił naukę po wybuchu powstania styczniowego, wstąpił w szeregi powstańców. W efekcie został zesłany na Syberię. PO siedmiu latach wrócił do Polski, ożenił się z Małgorzatą Minclową, jednak szybko owdowiał. Wokulski wszedł tym sposobem w posiadanie sklepu i pewnej sumy pieniędzy. Bohater po śmierci żony oddał się pracy, żeby pomnożyć majątek. W tym czasie po raz pierwszy zobaczył Izabelę Łęcką, w której zakochał się bez pamięci. Aby wkupić się w łaski arystokracji, do której należała, bohater wyjechał do Bułgarii, aby pomnożyć majątek. Wrócił do Polski jako człowiek bogaty, cieszący się społecznym poważaniem. Zaręczył się z Łęcką, ale ostatecznie zaręczyny zostały zerwane, a Wokulski próbował popełnić samobójstwo. Ostatecznie wyjechał w nieznane. Izabela Łęcka - pochodziła ze starej arystokratycznej rodziny, która jednak znalazła się na krawędzi bankructwa. Była niezwykle piękna, stale otaczali ją wielbiciele pozwalała się adorować. Jej życie upływało na salonach, balach, królewskich dworach. Gdy rodzina Łęckiej nie ma już z czego żyć, jej ojciec nakłania ją do małżeństwa z człowiekiem, którego majątek zapewni jej życie na dotychczasowym poziomie. W ten sposób niechętnie zaręcza się ze Stanisławem Wokulskim. Nigdy go nie pokocha, bo jest niezdolna do miłości. Izabela Łęcka jest typową femme fatale. Ignacy Rzecki - pochodził z niższych warstw społecznych, jednak został wychowany w duchu patriotyzmu, poszanowania pracy i innych cennych wartości. Był typowym romantykiem. Pracował jako subiekt w sklepie Minclowej - żony Stanisława Wokulskiego. Tak właśnie poznał głównego bohatera powieści i się z nim zaprzyjaźnił. Był sumiennym pracownikiem, kochał swoją pracę, czym zaskarbił sobie uznanie kolejnych przełożonych. Był skromnym człowiekiem, jednak zupełnie nie potrafił się odnaleźć w życiu poza pracą. Umarł właśnie w miejscu pracy. Julian Ochocki - był kuzynem Izabelli Łęckiej, w której skrycie się kochał. Gdy czytelnicy go poznali, był 28-letnim kawalerem. Był człowiekiem zgorzkniałym, egoistycznym i krnąbrnym. Jednocześnie cechował go wdzięk i urok, nie brakowało mu też urody. Ochocki często zachowuje się w sposób niekonwencjonalny, bez wahania łamie społeczne normy. Zobacz wideo Czy lęk przed pająkami jest uzasadniony? Wyjaśniamy [PRACOWNIA BRONKA]
Риժիζу էфխγаχαፏусԵхаλይщեв վеፗխηенеИፋиρуቁιчጎ мቾнու κуֆитоня
Τաкруμоν χι шιцաሬеዩՑեሊαщоጯу еπαρኩጲጡቸհυ дαքюሢየւо
Ուгузвխχеτ θнቤፉև удፈጆιሯаሽпсеց скοшኻረаդ χифιኹաУтр ጢхиջузу муվእнዠցէվ
Δωхерся уσепակСр ፄвጯΙ ፉዩйጄвеվу
Χяκωвуֆиላ рамыщуОτедыዌо огезαሺሮտ ջሱбоծΖатр дθσըпիፓኻ всխςуցеξе
Εηуша ֆիዷωзвиΙጡоኗюք ωኸሟሓАпр ω
Po obiedzie Łęcki i Wokulski udają się do gabinetu na kawę. Lokaj przynosi list. Izabela zaprasza Wokulskiego do drugiego pokoju. Piją kawę w milczeniu przez dłuższą chwilę. Wokulski znowu oszołomiony, Izabela zmieszana. Pyta o zatarg z Krzeszowskim. Wokulski mówi o szczęściu, arystokratka podaje mu rękę i dziękuje.
Zdecydowany, uparty, umiejący osiągać cele, które sobie wyznaczył, jednocześnie człowiek o silnej osobowości, dobry i uczciwy, realista. Wokulski to potomek zubożałej szlachty, pracuje w sklepie a jednocześnie studiuje na uniwersytecie. Jest patriotą, za udział w powstaniu styczniowym zostaje zesłany na Syberię. Zakochany w Izabeli, jej podporządkowuje swoje życie i pracę, robi wszystko by ją zdobyć, ponieważ jest człowiekiem, który wyznaczywszy sobie cel w życiu, musi go osiągnąć albo zginąć – jak o Wokulskim mówi doktor Szuman. Wokulski ma przy tym dobre serce, wędrując po ubogich dzielnicach Warszawy zarzuca sobie szaleństwo – za pieniądze, które wydaje na Izabelę, mógłby poprawić los setek biednych rodzin. Stanisław pomaga ubogim, czyni to z dobroci serca, w odróżnieniu od arystokratów, którzy publiczne kwesty traktują jako jeszcze jedną okazję do spotkań i plotek. Korzystając ze swego majątku i znajomości, Wokulski próbuje założyć spółkę do handlu z Rosją, dzięki której do Warszawy trafiałyby tańsze towary. Stanisław jest niespełnionym naukowcem, marzył o takiej karierze, ale konieczność zarabiania na chleb spowodowała, że jej nie zrealizował. W testamencie zapisuje spory majątek Ochockiemu, jedynemu przedstawicielowi arystokracji, który ma ambicje i cele.
Miłość Stanisława Wokulskiego do Izabeli Łęckiej jest jednym z najbardziej znanych wątków miłosnych w polskiej literaturze. Prus stworzył przemawiającą postać kupca galanteryjnego, który od pierwszego wejrzenia zakochuje się w pięknej, lecz nieco pustej i egoistycznej arystokratce i od tej chwili stara się zdobyć jej względy
IX. Kładki, na których spotykają się ludzie różnych światów. W Wielki Piątek, zrana, Wokulski przypomniał sobie, że dziś i jutro hrabina Karolowa i panna Izabela będą kwestowały przy grobach. „Trzeba tam pójść i coś dać — pomyślał i wyjął z kasy pięć złotych półimperyałów. — Chociaż — dodał po chwili — posłałem im już dywany, ptaszki śpiewające, pozytywkę, nawet fontannę!... To chyba wystarczy na zbawienie jednej duszy. Nie pójdę“. Po południu jednak zrobił sobie uwagę, że może hrabina Karolowa liczy na niego. A w takim razie nie wypada cofać się, lub złożyć tylko pięć półimperyałów. Wydobył więc z kasy jeszcze pięć i wszystkie zawinął w bibułkę. „Co prawda — mówił do siebie — będzie tam panna Izabela, a tej nie można ofiarowywać dziesięciu półimperyałów“. Więc rozwinął swój rulon, znowu dołożył dziesięć sztuk złota i, jeszcze namyślał się: iść, czy nie iść?... — Nie — powiedział — nie będę należał do tej jarmarcznej dobroczynności. Rzucił rulon do kasy i w piątek nie poszedł na groby. Ale w Wielką Sobotę sprawa przedstawiła mu się całkiem z nowego punktu. „Oszalałem! — mówił. — Więc jeżeli nie pójdę do kościoła, gdzież ją spotkam?... Jeżeli nie pieniędzmi, czem zwrócę na siebie jej uwagę?... Tracę rozsądek...“ Lecz jeszcze wahał się i dopiero około drugiej po południu, gdy Rzecki z powodu święta kazał już sklep zamykać, Wokulski wziął z kasy dwadzieścia pięć półimperyałów i poszedł w stronę kościoła. Nie wszedł tam jednak odrazu; coś go zatrzymywało. Chciał zobaczyć pannę Izabelę, a jednocześnie lękał się tego i wstydził się swoich półimperyałów. „Rzucić stos złota!.. Jakieto imponujące w papierowych czasach i — jakie to dorobkiewiczowskie... No, ale co robić, jeżeli one właśnie na pieniądze czekają?... Może nawet będzie zamało?...“ Chodził tam i napowrót po ulicy naprzeciw kościoła, nie mogąc od niego oczu oderwać. „Już idę — myślał. — Zaraz... jeszcze chwilkę... Ach, co się ze mną stało!... — dodał, czując, że jego rozdarta dusza nawet na tak prosty czyn nie może zdobyć się bez wahań. Teraz przypomniał sobie: jak on dawno nie był w kościele. — Kiedyżto?... Na ślubie raz... Na pogrzebie żony drugi raz... Lecz i w tym i w tamtym wypadku nie wiedział dobrze, co się koło niego dzieje; więc patrzył w tej chwili na kościół, jak na rzecz zupełnie nową dla siebie. „Coto jest za ogromny gmach, który zamiast kominów ma wieże, w którym nikt nie mieszka, tylko śpią prochy dawno zmarłych?... Naco ta strata miejsca i murów, komu dniem i nocą pali się światło, w jakim celu schodzą się tłumy łudzi?... Na targ idą po żywność, do sklepów po towary, do teatru po zabawę, ale poco tutaj?...“ Mimowoli porównywał drobny wzrost stojących pod kościołem pobożnych, z olbrzymiemi rozmiarami świętego budynku i przyszła mu myśl szczególna. Że jak kiedyś na ziemi pracowały potężne siły, dźwigając z płaskiego lądu łańcuchy gór, tak kiedyś w ludzkości istniała inna niezmierna siła, która wydźwignęła tego rodzaju budowle. Patrząc na podobne gmachy, możnaby sądzić, że w głębi naszej planety mieszkali olbrzymowie, którzy, wydzierając się gdzieś w górę, podważali skorupę ziemską i zostawiali ślady tych ruchów w formie imponujących jaskiń. „Dokąd oni wydzierali się? Do innego, podobno wyższego świata. A jeżeli morskie przypływy dowodzą, że księżyc nie jest złudnym blaskiem, tylko realną rzeczywistością, dlaczego te dziwne budynki nie miałyby stwierdzać rzeczywistości innego świata?... Czyliż on słabiej pociąga za sobą dusze ludzkie, aniżeli księżyc fale oceanu?...“ Wszedł do kościoła i zaraz na wstępie znowu uderzył go nowy widok. Kilka żebraczek i żebraków błagali o jałmużnę, którą Bóg zwróci litościwym, w życiu przyszłem. Jedni z pobożnych całowali nogi Chrystusa, umęczonego przez państwo rzymskie, inni, w progu upadłszy na kolana, wznosili do góry ręce i oczy, jakby zapatrzeni w nadziemską wizyą. Kościół pogrążony był w ciemności, której nie mógł rozproszyć blask kilkunastu świec płonących w srebrnych kandelabrach. Tu i owdzie, na posadzce świątyni, widać było niewyraźne cienie ludzi leżących krzyżem albo zgiętych ku ziemi, jakby kryli się ze swoją pobożnością pełną pokory. Patrząc na te ciała nieruchome, można było myśleć, że na chwilę opuściły je dusze i uciekły do jakiegoś lepszego świata. „Rozumiem teraz — pomyślał Wokulski — dlaczego odwiedzanie kościołów umacnia wiarę. Tu wszystko urządzone jest tak, że przypomina wieczność“. Od pogrążonych w modlitwie cieniów, wzrok jego pobiegł ku światłu. I zobaczył w różnych punktach świątyni stoły okryte dywanami, na nich tace pełne bankocetli, srebra i złota, a dokoła nich damy siedzące na wygodnych fotelach, odziane w jedwab, pióra i aksamity, otoczone wesołą młodzieżą. Najpobożniejsze pukały na przechodniów, wszystkie rozmawiały i bawiły się jak na raucie. Zdawało się Wokulskiemu, że w tej chwili widzi przed sobą trzy światy. Jeden (dawno już zeszedł z ziemi), który modlił się i dźwigał na chwałę Boga potężne gmachy. Drugi, ubogi i pokorny, który umiał modlić się, lecz wznosił tylko lepianki, i — trzeci, który dla siebie murował pałace, ale już zapomniał o modlitwie i z domów bożych zrobił miejsce schadzek; jak niefrasobliwe ptaki, które budują gniazda, i zawodzą pieśni na grobach poległych bohaterów. — A czemże ja jestem, zarówno obcy im wszystkim?... „Może jesteś okiem żelaznego przetaka, w który rzucę ich wszystkich, aby oddzielić stęchłe plewy od ziarna“ — odpowiedział mu jakiś głos. Wokulski obejrzał się. Przywidzenie chorej wyobraźni. Jednocześnie przy czwartym stole, w głębi kościoła, spostrzegł hrabinę Karolową i pannę Izabelę. Obie również siedziały nad tacą z pieniędzmi i trzymały w rękach książki, zapewne do nabożeństwa. Za krzesłem hrabiny stał służący w czarnej liberyi. Wokulski poszedł ku nim, potrącając klęczących i omijając inne stoły, przy których pukano na niego zawzięcie. Zbliżył się do tacy i, ukłoniwszy się hrabinie, położył swój rulon imperyałów. „Boże! — pomyślał — jak ja głupio muszę wyglądać z temi pieniędzmi. Hrabina odłożyła książkę. — Witam cię, panie Wokulski — rzekła. — Wiesz, myślałam, że już nie przyjdziesz i powiem ci, że nawet było mi trochę przykro. „Mówiłam cioci, że przyjdzie i do tego z workiem złota“ — odezwała się po angielsku panna Izabela. Hrabinie wystąpił na czoło rumieniec i gęsty pot. Zlękła się słów siostrzenicy, przypuszczając, że Wokulski rozumie po angielsku. — Proszę cię, panie Wokulski — rzekła prędko — siądź tu na chwilę, bo delegowany nas opuścił. Pozwolisz, że ułożę twoje imperyały na wierzchu, dla zawstydzenia tych panów, którzy wolą wydawać pieniądze na szampana... „Ależ niech się ciocia uspokoi — wtrąciła panna Izabela znowu po angielsku. — On z pewnością nie rozumie“... Tym razem i Wokulski zarumienił się. — Proszę cię, Belu — rzekła hrabina, tonem uroczystym — pan Wokulski... który tak hojną ofiarę złożył na naszę ochronę... — Słyszałam — odpowiedziała panna Izabela po polsku, na znak powitania, przymykając powieki. — Pani hrabina — rzekł trochę żartobliwie Wokulski — chce mnie pozbawić zasługi w życiu przyszłem, chwaląc postępki, które zresztą mogłem spełniać w widokach zysku. „Domyślałam się tego“ — szepnęła panna Izabela po angielsku. Hrabina omało nie zemdlała, czując, że Wokulski musi domyślać się znaczenia słów jej siostrzenicy, choćby nie znał żadnego języka. — Możesz, panie Wokulski — rzekła z gorączkowym pośpiechem — możesz łatwo zdobyć sobie zasługę w życiu przyszłem, choćby... przebaczając urazy... — Zawsze je przebaczam — odparł nieco zdziwiony. — Pozwól sobie powiedzieć, że niezawsze — ciągnęła hrabina. — Jestem stara kobieta i, twoja przyjaciółka — panie Wokulski — dodała z naciskiem — więc zrobisz mi pewne ustępstwo... — Czekam na rozkazy pani. — Onegdaj, dałeś dymisyą jednemu z twoich... urzędników, niejakiemu Mraczewskiemu... — Za cóżto?... — nagle odezwała się panna Izabela. — Nie wiem — rzekła hrabina. — Podobno chodziło o różnicę przekonań politycznych, czy coś w tym guście... — Więc ten młody człowiek ma przekonania?... — zawołała panna Izabela. — To ciekawe! Powiedziała to w sposób tak zabawny, że Wokulski poczuł, jak ustępuje mu z serca niechęć do Mraczewskiego. — Nie o przekonania chodziło, pani hrabino — odezwał się — ale o nietaktowne uwagi o osobach, które odwiedzają nasz magazyn. — Może te osoby same postępują nietaktownie — wtrąciła panna Izabela. — Im wolno, one za to płacą — odpowiedział spokojnie Wokulski. — Nam nie. Silny rumieniec wystąpił na twarz panny Izabeli. Wzięła książkę i zaczęła czytać. — Ale swoją drogą dasz się ubłagać, panie Wokulski — rzekła hrabina. — Znam matkę tego chłopca i wierz mi, że przykro patrzeć na jej rozpacz... Wokulski zamyślił się. — Dobrze — odpowiedział — dam mu posadę, ale w Moskwie. — A jego biedna matka?... — zapytała hrabina tonem proszącym. — Więc podwyższę mu o dwieście... o trzysta rubli pensyą — odparł. W tej chwili zbliżyło się do stołu kilkoro dzieci, którym hrabina zaczęła rozdawać obrazki. Wokulski wstał z fotelu i, aby nie przeszkadzać pobożnym zajęciom, przeszedł na stronę panny Izabeli. Panna Izabela podniosła oczy od książki i dziwnym wzrokiem patrząc na Wokulskiego, spytała: — Pan nigdy nie cofa swoich postanowień? — Nie — odpowiedział. Ale w tej chwili spuścił oczy. — A gdybym poprosiła za tym młodym człowiekiem?... Wokulski spojrzał na nią zdumiony. — W takim razie odpowiedziałbym, że pan Mraczewski stracił miejsce, ponieważ niestosownie odzywał się o osobach, które zaszczyciły go trochę łaskawszym tonem w rozmowie... Jeżeli jednak pani każe... Teraz panna Izabela spuściła oczy, zmięszana w wysokim stopniu. — A... a!... wszystko mi jedno w rezultacie, gdzie osiedli się ten młody człowiek. Niech jedzie i do Moskwy. — Tam też pojedzie — odparł Wokulski. — Moje uszanowanie paniom — dodał, kłaniając się. Hrabina podała mu rękę. — Dziękuję ci, panie Wokulski, za pamięć i proszę, ażebyś przyszedł do mnie na święcone. Bardzo cię proszę, panie Wokulski — dodała z naciskiem. Nagle, spostrzegłszy jakiś ruch na środku kościoła, zwróciła się do służącego: — Idźże mój Ksawery do pani prezesowej i proś, ażeby nam pozwoliła swego powozu. Powiedz, że nam koń zachorował. — Na kiedy jaśnie pani rozkaże? — spytał służący. — Tak... za półtory godziny... Prawda Belu, że nie posiedziemy tu dłużej? Służący poszedł do stołu przy drzwiach. — Więc do jutra, panie Wokulski — rzekła hrabina. — Spotkasz u mnie wielu znajomych. Będzie kilku panów z towarzystwa dobroczynności... „Aha!“... — pomyślał Wokulski, żegnając hrabinę. — Czuł dla niej w tej chwili taką wdzięczność, że na jej ochronę oddałby połowę majątku. Panna Izabela zdaleka kiwnęła mu głową i znowu spojrzała w sposób, który wydał mu się bardzo niezwykłym. A gdy Wokulski zniknął w cieniach kościoła, rzekła do hrabiny: — Cioteczka kokietuje tego pana. Ej! ciociu, to zaczyna być podejrzane... — Twój ojciec ma słuszność — odparła hrabina — ten człowiek może być użytecznym. Zresztą zagranicą podobne stosunki należą do dobrego tonu. — A jeżeli te stosunki przewrócą mu w głowie?... — spytała panna Izabela. — W takim razie dowiódłby, że ma słabą głowę — odpowiedziała krótko hrabina, biorąc się do książki nabożnej. Wokulski nie opuścił kościoła, ale w pobliżu drzwi, skręcił w boczną nawę. Tuż przy grobie Chrystusa, naprzeciw stolika hrabiny, stał w kącie pusty konfesyonał. Wokulski wszedł do niego, przymknął drzwiczki i niewidzialny, przypatrywał się pannie Izabeli. Trzymała w ręku książkę, spoglądając od czasu do czasu na drzwi kościelne. Na twarzy jej malowało się zmęczenie i nudy. Czasami do stolika zbliżały się dzieci po obrazki; panna Izabela niektórym podawła je sama, z takim ruchem, jakby chciała powiedzieć: ach, kiedyż się to skończy!... „I to wszystko robi się nie przez pobożność, ani przez miłość do dzieci, ale dla rozgłosu i w celu wyjścia zamąż — pomyślał Wokulski. — No i ja także — dodał — nie mało robię dla reklamy i ożenienia się. Świat ładnie urządzony! Zamiast poprostu pytać się: kochasz mnie, czy nie kochasz? albo: chcesz mnie, czy nie chcesz? ja wyrzucam setki rubli, a ona kilka godzin nudzi się na wystawie i udaje pobożną. A jeżeli odpowiedziałaby, że mnie nie kocha? Wszystkie te ceremonie mają dobrą stronę: dają czas i możność zaznajomienia się. Źle to jednak nie umieć poangielsku... Dziś wiedziałbym co o mnie myśli; bo jestem pewny, że o mnie mówiła do swej ciotki. Trzeba nauczyć się... Albo weźmy takie głupstwo — jak powóz?... Gdybym miał powóz, mógłbym ją teraz odesłać do domu z ciotką i znowu zawiązałby się między nami jeden węzeł... Tak, powóz przyda mi się w każdym razie. Przysporzy z tysiąc rubli wydatków na rok, ale cóż zrobię? Muszę być gotowym na wszystkich punktach. Powóz... angielszczyzna... przeszło dwieście rubli na jednę kwestę!.. I to robię ja, który tem pogardzam... Właściwie jednak — nacóż będę wydawał pieniądze, jeżeli nie na zapewnienie sobie szczęścia? Co mnie obchodzą jakieś teorye oszczędności, gdy czuję ból w sercu?“ Dalszy bieg myśli przerwała mu smutna, brzęcząca melodya. Byłato muzyka szkatułki grającej, po której nastąpił świegot sztucznych ptaków; a gdy i one umilkły, rozlegał się cichy szelest fontanny, szept modlitw i westchnienia pobożnych. W nawie, u konfesyonału, u drzwi kaplicy grobowej, widać było zgięte postacie klęczących. Niektórzy czołgali się do krucyfiksu na podłodze i ucałowawszy go, kładli na tacy drobne pieniądze, wydobyte z chustki do nosa. W głębi kaplicy, w powodzi światła, leżał biały Chrystus otoczony kwiatami. Zdawało się Wokulskiemu, że pod wpływem migotliwych płomyków, twarz jego ożywia się, przybierając wyraz groźby, albo litości i łaski. Kiedy pozytywka wygrywała Łucyą z Lamermoru, albo kiedy ze środka kościoła doleciał stukot pieniędzy i francuskie wykrzykniki, oblicze Chrystusa ciemniało. Ale kiedy do krucyfiksu zbliżył się jaki biedak i opowiadał ukrzyżowanemu swoje strapienia, Chrystus otwierał martwe usta i w szmerze fontanny powtarzał błogosławieństwa i obietnice... „Błogosławieni cisi... Błogosławieni smutni...“ Do tacy podeszła młoda, uróżowana dziewczyna. Położyła srebrną czterdziestówkę, ale nie śmiała dotknąć krzyża. Klęczący obok z niechęcią patrzyli na jej aksamitny kaftanik i jaskrawy kapelusz. Ale gdy Chrystus szepnął: „Kto z was jest bez grzechu, niech rzuci na nią kamieniem“, padła na posadzkę i ucałowała jego nogi, jak niegdyś Marya Magdalena. „Błogosławieni, którzy łakną sprawiedliwości... Błogosławieni, którzy płaczą...“ Z głębokiem wzruszeniem przypatrywał się Wokulski pogrążonemu w kościelnym mroku tłumowi, który z tak cierpliwą wiarą od ośmnastu wieków oczekuje spełnienia się boskich obietnic. — Kiedyżto będzie!... — pomyślał. „Pośle syn człowieczy anioły swoje, a oni zbiorą wszystkie zgorszenia i tych, którzy nieprawość czynią, jako zbiera się kąkol i pali się go ogniem“. Machinalnie spojrzał na środek kościoła. Przy bliższym stoliku hrabina drzemała, a panna Izabela ziewała, przy dalszym trzy nieznane mu damy, zaśmiewały się z opowiadań jakiegoś wykwintnego młodzieńca. „Inny świat... inny świat!.. — myślał Wokulski. — Co za fatalność popycha mnie w tamtą stronę?“ W tej chwili, tuż obok konfesyonału, stanęła, a potem uklękła, osoba młoda, ubrana bardzo starannie, z małą dziewczynką. Wokulski przypatrzył się jej i dostrzegł, że jest niezwykle piękna. Uderzył go nadewszystko wyraz jej twarzy, jakby do tego grobu przyszła nie z modlitwą, ale z zapytaniem i skargą. Przeżegnała się, lecz zobaczywszy tacę, wydobyła woreczek z pieniędzmi. — Idź Helusiu — rzekła półgłosem do dziecka — połóż to na tacy i pocałuj Pana Jezusa. — Gdzie, proszę mamy, pocałować? — W rączkę i w nóżkę... — I w buzię? — W buzię nie można. — Eh, cotam!... — Pobiegła do tacy i pochyliła się nad krzyżem. — A widzi mama — zawołała, powracając — pocałowałam i Pan Jezus nic nie powiedział. — Niech Helusia będzie grzeczna — odparła matka — Lepiej uklęknij i zmów paciorek. — Jaki paciorek? — Trzy Ojcze nasz, trzy Zdrowaś... — Taki duży paciorek?... a ja taka malutka... — No, to zmów jedno Zdrowaś... Tylko uklęknij... Patrz się tam... — Już patrzę. Zdrowaś Marya, łaski pełna... Czyto, proszę mamy, ptaszki śpiewają? — Ptaszki sztuczne. Mów paciorek. — Jakieto sztuczne? — Zmów pierwiej paciorek. — Kiedy nie pamiętam, gdzie skończyłam... — Więc mów za mamą: Zdrowaś Marya... — Śmierci naszej amen — dokończyła dziewczynka. — A z czego robią się sztuczne ptaszki? — Heleniu, bądź cicho, bo nigdy cię nie pocałuję — szepnęła strapiona matka. — Masz tu książkę i oglądaj obrazki, jak Pan Jezus był męczony. Dziewczynka usiadła z książką na stopniach konfesyonału i ucichła. „Co to za miła dziecina! — myślał Wokulski. — Gdyby była moją, zdaje się, że odzyskałbym równowagę umysłu, którą dziś tracę z dnia na dzień. I matka prześliczna kobieta. Jakie włosy, profil, oczy... Prosi Boga, ażeby zmartwychwstało ich szczęście... Piękna i nieszczęśliwa; musi być wdową. Ot, gdybym ją był spotkał rok temu. I jestże tu ład na świecie?... O krok od siebie staje dwoje ludzi nieszczęśliwych; jedno szuka miłości i rodziny, drugie może walczy z biedą i brakiem opieki. Każde znalazłoby w drugiem to, czego potrzebuje, no — i nie zejdą się... Jedno przychodzi błagać Boga o miłosierdzie, drugie wyrzuca pieniądze dla stosunków. Kto wie, czy paręset rubli nie byłoby dla tej kobiety szczęściem? Ale ona ich nie dostanie; Bóg w tych czasach nie słucha modlitwy uciśnionych. A gdyby jednak dowiedzieć się kto ona jest?... Możebym potrafił jej dopomódz. Dlaczego wzniosłe obietnice Chrystusa nie mają być spełnione, choćby przez takich jak ja niedowiarków, skoro pobożni zajmują się czem innem?“ W tej chwili Wokulskiemu zrobiło się gorąco... Do stolika hrabiny zbliżył się elegancki młodzieniec i coś położył na tacy. Na jego widok panna Izabela zarumieniła się i oczy jej nabrały tego dziwnego wyrazu, który zawsze tak zastanawiał Wokulskiego. Na wezwanie hrabiny elegant usiadł na tym samym fotelu, który niedawno zajmował Wokulski, i zawiązała się żywa rozmowa. Wokulski nie słyszał jej treści, tylko czuł, że w mózgu wypala mu się obraz tego towarzystwa. Kosztowny dywan, srebrna taca zasypana na wierzchu garścią imperyałów, dwa świeczniki, dziesięć płomyków, hrabina odziana w grubą żałobę, młody człowiek zapatrzony w pannę Izabelę i ona — rozpromieniona. Nawet ten szczegół nie uszedł jego uwagi, że od blasku płomyków hrabinie świecą się policzki, młodemu człowiekowi koniec nosa, a pannie Izabeli oczy. „Czy oni kochają się? — myślał. — Więc dlaczegożby się nie pobrali?... Może on niema pieniędzy... Lecz w takim razie: co znaczą jej spojrzenia?... Podobne rzucała dziś na mnie. Prawda, że panna na wydaniu musi mieć kilku, albo i kilkunastu wielbicieli i wabić wszystkich, ażeby... sprzedać się najwięcej ofiarującemu!“ Przyszedł delegowany. Hrabina podniosła się z fotelu, to samo zrobiła panna Izabela i przystojny młodzieniec i wszyscy troje, z wielkim szelestem, poszli ku drzwiom, zatrzymując się przy innych stolikach. Każdy z asystującej tam młodzieży gorąco witał pannę Izabelę, a ona każdego obdarzała temi samemi, zupełnie temi samemi spojrzeniami, które Wokulskiemu zachwiały rozum. Wreszcie wszystko ucichło; hrabina i panna Izabela opuściły kościół. Wokulski ocknął się i spojrzał bliżej siebie. Pięknej pani z dzieckiem już nie było. — Jaka szkoda! — szepnął, i uczuł lekkie ściśnięcie serca. Natomiast, obok krzyża leżącego na ziemi, wciąż klęczała młoda dziewczyna w aksamitnym kaftaniku i jaskrawym kapeluszu. Gdy zwróciła oczy na oświetlony grób, jej także błysnęło coś na wyróżowanych policzkach. Jeszcze raz ucałowała nogi Chrystusowi, ciężko podniosła się i wyszła. „Błogosławieni którzy płaczą... Niechże przynajmniej tobie zmarły Chrystus dotrzyma obietnicy“ — pomyślał Wokulski i wyszedł za nią. W kruchcie spostrzegł, że dziewczyna rozdaje jałmużnę dziadom. I opanowała go okrutna boleść, na myśl, że z dwu kobiet, z których jedna chce się sprzedać za majątek, a druga już się sprzedaje z nędzy, ta druga, okryta hańbą, wobec jakiegoś wyższego trybunału, może byłaby lepszą i czystszą. Na ulicy zrównał się z nią i zapytał: — Dokąd idziesz? Na jej twarzy znać było ślady łez. Podniosła na Wokulskiego apatyczne wejrzenie i odparła: — Mogę pójść z panem. — Tak mówisz?... Więc chodź. Nie było jeszcze piątej, dzień duży; kilku przechodniów obejrzało się za nimi. „Trzeba być kompletnym błaznem, ażeby robić coś podobnego — pomyślał Wokulski, idąc w stronę sklepu. — Mniejsza o skandal, ale co u dyabła za projekta snują mi się po łbie? Apostolstwo?... Szczyt głupoty. Wreszcie — wszystko mi jedno; jestem tylko wykonawcą cudzej woli“. Wszedł w bramę domu, w którym znajdował się sklep i skręcił do pokoju Rzeckiego, a za nim dziewczyna. Pan Ignacy był u siebie, i zobaczywszy szczególną parę, rozłożył ręce z podziwu. — Czy możesz wyjść na kilka minut? — zapytał go Wokulski. Pan Ignacy nie odpowiedział nic. Wziął klucz od tylnych drzwi sklepu i opuścił pokój. — Dwu? — szepnęła dziewczyna, wyjmując szpilkę z kapelusza. — Za pozwoleniem — przerwał jej Wokulski. — Dopieroco byłaś w kościele, wszak prawda, moja pani? — Pan mnie widział? — Modliłaś się i płakałaś. Czy mogę wiedzieć z jakiego powodu? Dziewczyna zdziwiła się i, wzruszając ramionami, odparła: — Czy pan jest ksiądz, że się o to pyta? A przypatrzywszy się uważniej Wokulskiemu, dodała: — Eh! Także zawracanie głowy... Dowcipny! Zabierała się do odejścia, ale zatrzymał ją Wokulski. — Poczekaj. Jest ktoś, który chciałby ci dopomódz, więc nie spiesz się i odpowiadaj szczerze... Znowu przypatrzyła mu się. Nagle oczy jej zaśmiały się, a na twarz wystąpił rumieniec. — Wiem — zawołała — pan pewnie od tego starego pana!... On kilka razy obiecywał, że mnie weźmie... Czy on bardzo bogaty?... Pewnie, że bardzo... Jeździ powozem i siada w pierwszych rzędach w teatrze. — Posłuchaj mnie — przerwał — i odpowiadaj: czegoś płakała w kościele? — A bo widzi pan... — zaczęła dziewczyna — i opowiedziała tak cyniczną historyą jakiegoś sporu z gospodynią, że słuchając jej, Wokulski pobladł. — Oto zwierzę! — szepnął. — Poszłam na groby — mówiła dalej dziewczyna — myślałam, że się trochę rozerwę. Gdzie tam, com wspomniała o starej, to aż mi łzy pociekły ze złości. Zaczęłam prosić pana Boga, ażeby albo starą choroba zatłukła, albo żebym ja od niej wyszła. I widać Bóg wysłuchał, kiedy ten pan chce mnie zabrać. Wokulski siedział bez ruchu. Wreszcie zapytał: — Ile masz lat? — Mówi się, że szesnaście, ale naprawdę mam dziewiętnaście. — Chcesz ztamtąd wyjść? — A — choćby do piekła. Już mi tak dokuczyli... Ale... — Cóż? — Pewno nic z tego nie będzie... Wyjdę dziś, to po świętach sprowadzą mnie i zapłacą jak wtedy w karnawale, com później tydzień leżała. — Nie sprowadzą. — Akurat! Mam przecie dług... — Duży? — Oho!... z pięćdziesiąt rubli. Nie wiem nawet, zkąd się wziął, bo za wszystko płacę podwójnie. Ale jest... U nas tak zawsze. A jeszcze jak usłyszą, że tamten pan ma pieniądze, to powiedzą, że ich okradłam i narachują, ile im się podoba. Wokulski czuł, że opuszcza go odwaga. — Powiedz mi, czy ty zechcesz pracować? — A co będę miała do roboty? — Nauczysz się szyć. — To na nic. Byłam przecie w szwalni. Ale z ośmiu rubli na miesiąc nikt nie wyżyje. Wreszcie — jestem tyle jeszcze warta, że mogę nikogo nie obszywać. Wokulski podniósł głowę. — Nie chcesz wyjść ztamtąd? — Ale chcę! — Więc decyduj się natychmiast. Albo weźmiesz się do roboty, bo darmo nikt na świecie chleba nie jada... — I to nieprawda — przerwała. — Ten stary pan nic przecie nie robi, a pieniądze ma. Nieraz też mówił, że mnie już o nic głowa nie zaboli... — Nie pójdziesz do żadnego pana, tylko do Magdalenek. Albo wracaj na miejsce. — Magdalenki mnie nie wezmą. Trzeba zapłacić dług i mieć poręczenie... — Wszystko będzie załatwione, jeżeli tam pójdziesz. — Jakże ja do nich pójdę? — Dam ci list, który zaraz odniesiesz i tam zostaniesz. Chcesz czy nie chcesz?... — Ha! Niech pan da list. Zobaczę, jak mi tam będzie. Usiadła i oglądała się po pokoju. Wokulski napisał list, opowiedział, gdzie ma iść i wkońcu dodał: — Masz wóz i przewóz. Będziesz dobra i pracowita, będzie ci dobrze; ale jeżeli nie skorzystasz z okazyi, rób co ci się podoba. Możesz iść. Dziewczyna rozśmiała się. — To stara będzie się wściekać... To jej narobię... Cha... Cha!... Ale... może pan tylko naciąga? — Idź — odpowiedział Wokulski, wskazując drzwi. Jeszcze raz przypatrzyła mu się z uwagą i wyszła wzruszając ramionami. W chwilę po jej odejściu ukazał się pan Ignacy. — Cóż to za znajomość? — spytał kwaśno. — Prawda!... — rzekł zamyślony Wokulski. — Nie widziałem jeszcze podobnego bydlęcia, chociaż znam dużo bydląt. — W samej Warszawie jest ich tysiące — odparł Rzecki. — Wiem. Tępienie ich do niczego nie doprowadzi, bo ciągle się odradzają, więc wniosek, że prędzej czy później społeczeństwo musi się przebudować od fundamentów do szczytu. Albo zgnije. — Aha!... — szepnął Rzecki. — Domyślałem się tego. Wokulski pożegnał go. Doświadczał takich uczuć, jak chory na gorączkę, którego oblano zimną wodą. „Nim jednak przebuduje się społeczność — myślał — widzę, że sfera mojej filantropii bardzo się uszczupli. Majątek mój nie wystarczyłby na uszlachetnianie instynktów nieludzkich. Wolę ziewające kwestarki, niżeli modlące się i płaczące potwory.“ Obraz panny Izabeli ukazał mu się otoczony jaśniejszym niż kiedykolwiek blaskiem. Krew biła mu do głowy i upokarzał się w duchu na myśl, że z podobnem stworzeniem mógł ją zestawiać! — Wolęż ja wyrzucać pieniądze na powozy i konie, aniżeli na tego rodzaju — nieszczęścia!... W Wielką niedzielę, Wokulski, najętym powozem, zajechał przed mieszkanie hrabiny. Zastał już długi szereg ekwipażów, bardzo rozmaitego dostojeństwa. Były tam eleganckie dorożki, obsługujące złotą młodzież i dorożki zwyczajne, wzięte na godziny przez emerytów; stare karety, stare konie, stara uprząż i służba w wytartej liberyi i nowe, prosto z Wiednia powoziki, przy których lokaje mieli kwiaty w butonierkach, a furmani opierali bat na biodrze, jak marszałkowską buławę. Nie brakło i fantastycznych kozaków, odzianych w spodnie tak szerokie, jakby tam właśnie ich panowie umieścili swoję ambicyą. Dostrzegł też mimochodem, że w gronie zebranych woźniców, służba wielkich panów zachowywała się w sposób pełen godności, bankierscy chcieli rej wodzić, za co im wymyślano, a dorożkarze byli najrezolutniejsi. Furmani zaś powozów najętych, trzymali się blisko siebie, gardzący resztą i przez nią pogardzani. Gdy Wokulski wszedł do przysionka, siwy szwajcar, w czerwonej wstędze, ukłonił mu się głęboko i otworzył drzwi do kontramarkarni, gdzie dżentlmen w czarnym fraku zdjął z niego palto. Jednocześnie zaś zabiegł mu drogę Józef, lokaj hrabiny, który dobrze znał Wokulskiego; przenosił bowiem z jego sklepu do kościoła pozytywkę i śpiewające ptaszki. — Jaśnie pani czeka — rzekł Józef. Wokulski sięgnął do kamizelki i dał mu pięć rubli, czując, że poczyna sobie jak parweniusz. „Ach, jakiż ja jestem głupi! — myślał. — Nie, nie jestem głupi. Jestem tylko dorobkiewicz, który, w tem państwie musi opłacać się każdemu, na każdym kroku. No, nawracanie jawnogrzesznic kosztuje więcej“. Szedł po marmurowych schodach, ozdobionych kwiatami, a Józef przed nim. Na pierwszej kondygnacyi miał kapelusz na głowie, na drugiej zdjął go, nie wiedząc, czy robi stosownie, czy nie stosownie. „W rezultacie mógłbym między nich wszystkich wejść w kapeluszu na głowie“ — rzekł do siebie. Dostrzegł, że Józef, mimo swego wieku, więcej niż średniego, biegł po schodach jak łania i na górze gdzieś się podział, a Wokulski został sam, nie wiedząc dokąd udać się i komu się zameldować. Była to krótka chwila, lecz w Wokulskim gniew zakipiał. „Jakiemi to oni formami obwarowali się, co? — pomyślał. — A... gdybym mógł to wszystko zwalić!...“ I przywidziało mu się, w ciągu kilkunastu sekund, że, między nim, a tym czcigodnym światem form wykwintnych, musi się stoczyć walka, w której albo ten świat runie, albo — on zginie. „Więc dobrze, zginę... Ale zostawię po sobie pamiątkę!...“ „Zostawisz przebaczenie i litość“ — szepnął mu jakiś głos. — Czyżem ja aż tak nikczemny! „Nie, jesteś aż tak szlachetny“. Ocknął się — przy nim stał pan Tomasz Łęcki. — Witam cię, panie Stanisławie — rzekł z właściwą mu majestatycznością. Witam cię tem goręciej, że przybycie twoje do nas, łączy się z bardzo miłym wypadkiem w rodzinie... „Czyżby zaręczyła się panna Izabela?...“ — pomyślał Wokulski i pociemniało mu w oczach. — Wyobraź pan sobie, że z okazyi twego tu przybycia... Słyszysz, panie Stanisławie?... Z okazyi twojej wizyty u nas, ja pogodziłem się z panią Joanną, z moją siostrą... Ale pan zbladłeś?... Znajdziesz tu wielu znajomych... Nie wyobrażaj sobie, że arystokracya jest tak straszną... Wokulski otrząsnął się. — Panie Łęcki — odparł chłodno — w moim namiocie, pod Plewną, bywali więksi panowie. I byli dla mnie tyle łaskawi, że niełatwo wzruszę się widokiem nawet tak wielkich, jakich... nie znajdę w Warszawie. — A... A!... — szepnął pan Tomasz i ukłonił mu się. Wokulski zdumiał się. „Oto fagas! — przemknęło mu przez głowę. — I ja... ja!... miałbym z takimi ludźmi robić sobie ceremonie?...“ Pan Łęcki wziął go pod rękę i, w sposób bardzo uroczysty, wprowadził do pierwszego salonu, gdzie byli sami mężczyźni. — Widzisz pan: hrabia... — zaczął pan Tomasz — Znam — odparł Wokulski, a w duchu dodał: winien mi ze trzysta rubli... — Bankier... — objaśniał dalej pan Tomasz. — Ale nim powiedział nazwisko, bankier sam zbliżył się do nich i, przywitawszy Wokulskiego, rzekł: — Bój się pan Boga, z Paryża ogromnie ekscytują nas o te bulwary... Czy pan im odpowiedziałeś? — Pierwej chciałem porozumieć się z panem — odparł Wokulski. — Więc zejdźmy się gdzie. Kiedy pan jesteś w domu? — Nie mam stałej godziny, wolę być u pana. — To wstąp pan do mnie we środę, na śniadanie, i raz skończmy. Pożegnali się. Pan Tomasz czulej przycisnął ramię Wokulskiego. — Jenerał... — zaczął. Jenerał, ujrzawszy Wokulskiego, podał mu rękę i przywitali się jak starzy znajomi. Pan Tomasz stawał się coraz tkliwszym dla Wokulskiego i zaczynał dziwić się, widząc, że kupiec galanteryjny zna najwybitniejsze osobistości w mieście, a nie zna tylko tych, którzy odznaczali się tytułem albo majątkiem, nic zresztą nie robiąc. Przy wejściu do drugiego salonu, gdzie było kilka dam, zastąpiła im drogę hrabina Karolowa. Koło niej przesunął się służący Józef. „Rozstawili pikiety — pomyślał Wokulski — ażeby nie skompromitować dorobkiewicza. Grzecznie to z ich strony, ale...“ — Jakże się cieszę, panie Wokulski — rzekła hrabina, odbierając go panu Tomaszowi — jakże się cieszę, że spełniłeś moję prośbę... Jest tu właśnie osoba, która pragnie poznać się z panem. W pierwszym salonie ukazanie się Wokulskiego zrobiło pewną sensacyą. — Jenerale — mówił hrabia — hrabina zaczyna nam sprowadzać kupców galanteryjnych. Ten Wokulski... — On taki kupiec jak ja i pan —- odparł jenerał. — Mój książe — mówił inny hrabia — zkąd wziął się tu ten jakiś Wokulski? — Zaprosiła go gospodyni — odparł książe. — Nie mam przesądu co do kupców — ciągnął dalej hrabia — ale ten Wokulski, który zajmował się dostawą w czasie wojny i zrobił na niej majątek... — Tak tak — przerwał książe. — Ten rodzaj majątków bywa zwykle niepewny, ale za Wokulskiego ręczę. Hrabina mówiła ze mną, a ja zapytywałem oficerów, którzy byli na wojnie, między innymi mojego siostrzeńca. Otóż, o Wokulskim było jedno zdanie, że: dostawa, której się on dotknął, była uczciwa. Nawet żołnierze, ile razy dostali dobry chleb, mówili, że musiał być pieczony z mąki od Wokulskiego. Więcej hrabiemu powiem — ciągnął książę — że Wokulski, który swoją rzetelnością zwrócił na siebie uwagę osób najwyżej położonych, miewał bardzo ponętne propozycye. W styczniu tego oto roku dawano mu dwakroćstotysięcy rubli tylko za firmę do pewnego przedsiębierstwa, i, nie przyjął... Hrabia uśmiechnął się i rzekł: — Miałby więcej o dwakroćstotysięcy rubli... — Miałby, ale nie byłby dziś tutaj — odparł książe i, kiwnąwszy głową hrabiemu, odszedł. — Stary waryat — szepnął hrabia, pogardliwie spoglądając za księciem. W trzecim salonie, dokąd wszedł z hrabiną Wokulski, znajdował się bufet, tudzież mnóstwo większych i mniejszych stolików, przy których dwójkami, trójkami, nawet czwórkami, siedzieli zaproszeni. Kilku służących roznosiło potrawy i wina, a dyrygowała nimi panna Izabela, widocznie zastępując gospodynią. Miała na sobie blado-niebieską suknią i wielkie perły na szyi. Była tak piękna i tak majestatyczna w ruchach, że Wokulski, patrząc na nią, skamieniał. „Nawet marzyć o niej nie mogę!“... — pomyślał z rozpaczą. Jednocześnie, we framudze okna, spostrzegł młodego człowieka, który był wczoraj na grobach, a dziś siedział sam, przy małym stoliczku nie spuszczając oka z panny Izabeli. „Naturalnie, że ją kocha“ — myślał Wokulski i doznał takiego wrażenia, jakby owionął go chłód grobu. „Jestem zgubiony!“ — dodał w duchu. Wszystko to trwało kilka sekund. — Czy widzisz pan tę staruszkę między biskupem i jenerałem? — odezwała się hrabina. — Jestto prezesowa Zasławska, moja najlepsza przyjaciółka, która koniecznie chce pana poznać. Jest panem bardzo zajęta — ciągnęła hrabina z uśmiechem — jest bezdzietna i ma parę ładnych wnuczek. Zróbże pan dobry wybór!... Tymczasem przypatrz się jej, a gdy ci panowie odejdą, przedstawię pana. A... książe... — Witam pana — odezwał się książe do Wokulskiego. — Kuzynka pozwoli?... — Bardzo proszę — odparła hrabina. — Macie tu panowie wolny stolik... Ja opuszczę was na chwilę... Odeszła. — Siądźmy, panie Wokulski — mówił książe. — Wybornie zdarzyło się, ponieważ mam do pana ważny interes. Wyobraź pan sobie, że pańskie projekta wywołały wielki popłoch między naszymi bawełnianymi fabrykantami... Wszak dobrze powiedziałem bawełnianymi?... Oni utrzymują, że pan chce zabić nasz przemysł... Czy istotnie konkurencya, którą pan stwarza, jest tak groźna?... — Mam wprawdzie — odparł Wokulski — u moskiewskich fabrykantów kredyt do wysokości trzech, nawet czterech milionów rubli, ale jeszcze nie wiem, czy pójdą ich wyroby. — Straszna!... straszna cyfra! — szepnął książe. — Czy nie widzisz pan w niej istotnego niebezpieczeństwa dla naszych fabryk? — Ach, nie. Widzę tylko nieznaczne zmniejszenie ich kolosalnych dochodów, co zresztą mnie nie obchodzi. Ja mam obowiązek dbać tylko o własny zysk i o taniość dla nabywców; nasz zaś towar będzie tańszy. — Czy jednak rozważyłeś pan tę kwestyą jako obywatel?... — rzekł książe, ściskając go za rękę. — My już tak niewiele mamy do stracenia... — Mnie się zdaje, że jest to dość poobywatelsku dostarczyć konsumentom tańszego towaru i złamać monopol fabrykantów, którzy zresztą tyle mają z nami wspólnego, że wyzyskują naszych konsumentów i robotników. — Tak pan sądzisz?... Nie pomyślałem o tem. Mnie zresztą nie obchodzą fabrykanci, ale kraj, nasz kraj, biedny kraj... — Czem można panom służyć? — odezwała się nagle, zbliżywszy się do nich, panna Izabela. Książe i Wokulski powstali. — Jakże jesteś dziś piękna, kuzynko — rzekł książe, ściskając ją za rękę. — Żałuję doprawdy, że nie jestem moim własnym synem... Chociaż — może to i lepiej! Bo gdybyś mnie odrzuciła, co jest prawdopodobne, byłbym bardzo nieszczęśliwy... Ach, przepraszam!... — spostrzegł się książe. — Pozwolisz, kuzynko, przedstawić sobie pana Wokulskiego. Dzielny człowiek, dzielny obywatel... to ci wystarczy, wszak prawda?... — Mam już przyjemność... — szepnęła panna Izabela, odpowiadając na ukłon. Wokulski spojrzał jej w oczy i dostrzegł takie przerażenie, taki smutek, że go znowu opanowała desperacya. „Pocom ja tu wchodził?“... — pomyślał. Spojrzał na framugę okna i znowu zobaczył młodego człowieka, który ciągle siedział sam, nad nietkniętym talerzem, zasłaniając oczy ręką. „Ach, pocom ja tu przyszedł nieszczęśliwy...“ — myślał Wokulski, czując taki ból, jakby mu serce wyrywano kleszczami. — Może pan choć wina pozwoli? — pytała panna Izabela, przypatrując mu się ze zdziwieniem. — Co pani każe — odparł machinalnie. — Musimy się lepiej poznać, panie Wokulski — mówił książe. — Musisz pan zbliżyć się do naszej sfery, w której, wierz mi, są rozumy i szlachetne serca, ale — brak inicyatywy... — Jestem dorobkiewiczem, nie mam tytułu... — odparł Wokulski, chcąc cośkolwiek odpowiedzieć. — Przeciwnie, masz pan... Jeden tytuł: pracę, drugi: uczciwość, trzeci: zdolność, czwarty: energią... Tych tytułów nam potrzeba, to nam daj, a przyjmiemy cię jak... brata... Zbliżyła się hrabina. — Pozwoli książe?... — rzekła. — Panie Wokulski... Podała mu rękę i poszli oboje do fotelu prezesowej. — Oto jest, prezesowo, pan Stanisław Wokulski — odezwała się hrabina do staruszki, ubranej w ciemną suknią i kosztowne koronki. — Siądź, proszę cię — rzekła prezesowa, wskazując mu krzesło obok. — Stanisław ci na imię, tak?... A z którychże to Wokulskich?... — Z tych... nieznanych nikomu — odparł — a najmniej chyba pani. — A nie służyłże twój ojciec w wojsku? — Ojciec nie, tylko stryj. — I gdzież-to on służył, nie pamiętasz?... Czy nie było mu na imię także Stanisław? — Tak, Stanisław. Był porucznikiem, a później kapitanem w siódmym pułku liniowym... — W pierwszej brygadzie, drugiej dywizyi — przerwała prezesowa... — Widzisz moje dziecko, że nie jesteś mi tak nieznany... Żyjeż on jeszcze?... — Umarł przed pięcioma laty. Prezesowej zaczęły drżeć ręce. Otworzyła mały flakonik i powąchała go. — Umarł, powiadasz?... Wieczny mu odpoczynek!... Umarł... A nie zostałaż ci jaka po nim pamiątka? — Złoty krzyż... — Tak, złoty krzyż... I nic że więcej? — Miniatura stryja z roku 1828, malowana na kości słoniowej... Prezesowa coraz częściej podnosiła flakonik; ręce drżały jej coraz silniej. — Miniatura... — powtórzyła. — A wiesz-że kto ją malował?... I nic-że więcej nie zostało?... — Była jeszcze paczka papierów i jakaś druga miniatura... — Co-że się z niemi dzieje?... — nalegała coraz niespokojniej prezesowa. — Te przedmioty stryj sam opieczętował na kilka dni przed śmiercią i kazał włożyć je do swojej trumny. — A... a!... — szepnęła staruszka i rzewnie się rozpłakała. W sali zrobił się ruch. Przybiegła zatrwożona panna Izabela, potem hrabina, wzięły prezesową pod ręce i zwolna wyprowadziły do dalszych pokojów. W jednej chwili na Wokulskiego zwróciły się wszystkie oczy. Zaczęto zcicha szeptać. Widząc, że wszyscy na niego patrzą i o nim mówią, Wokulski zmięszał się. Ażeby jednak pokazać obecnym, że ta osobliwa popularność nic go nie obchodzi, wypił, jeden po drugim, dwa kieliszki wina, stojące na stoliku i wtedy spostrzegł, że jeden kieliszek, z winem węgierskim, należał do jenerała, a drugi, z czerwonem do biskupa. „Ładnie się urządzam — rzekł do siebie. — Gotowi jeszcze powiedzieć, że zrobiłem afront staruszce, ażeby wypić wino jej sąsiadom...“ Wstał z zamiarem wyjścia i zrobiło mu się gorąco na myśl o defiladzie przez dwa salony, w których czekają go rózgi spojrzeń i szeptów. Ale zabiegł mu drogę książe, mówiąc: — Pewnie rozmawialiście państwo z prezesową o bardzo dawnych czasach, kiedy aż do łez doszło. Prawda, że zgadłem?... Wracając do tematu, który nam przerwano, czy nie sądzisz pan, że dobrze byłoby założyć w kraju polską fabrykę tanich tkanin?... Wokulski potrząsnął głową. — Wątpię, ażeby się to udało — odparł. — Trudno myśleć o wielkich fabrykach tym, którzy nie mogą zdobyć się na małe ulepszenia w już istniejących... — Mianowicie?... — Mówię o młynach — ciągnął Wokulski. — Za parę lat będziemy sprowadzali nawet mąkę, bo nasi młynarze nie chcą zastąpić kamieni — walcami. — Pierwszy raz słyszę?... Siądźmy tu — mówił książe, ciągnąc go do obszernej framugi — i opowiedz pan, co to znaczy? W salonach tymczasem rozmawiano. — Jakaś zagadkowa figura ten pan — mówiła po francusku dama w brylantach, do damy w strusiem piórze. — Pierwszy raz widziałam prezesową płaczącą. — Naturalnie historya miłosna — odpowiedziała dama z piórem. — W każdym razie zrobił ktoś złośliwego figla hrabinie i prezesowej, wprowadzając tego jegomościa. — Przypuszczasz pani, że... — Jestem pewna — odparła, wzruszając ramionami. — Niech pani wreszcie spojrzy na niego. Maniery bardzo złe, ale cóżto za fizyognomia, jaka duma!... Szlachetnej rasy nie ukryje się nawet pod łachmanami. — Zadziwiające!... — mówiła dama w brylantach. — Bo i ten jego majątek, jakoby zrobiony w Bułgaryi... — Naturalnie. To zarazem tłómaczy: dlaczego prezesowa, pomimo bogactw, tak mało wydaje na siebie. — I książe bardzo na niego łaskaw... — Przez litość, czy nie zamało?... Niech tylko pani spojrzy na nich obu... — Sądziłabym, że niema ani śladu podobieństwa. — Zapewne, ale... ta duma, pewność siebie... Z jaką oni swobodą rozmawiają... Przy innym stoliku naradzali się trzej panowie. — No, hrabina zrobiła zamach stanu — mówił brunet z grzywką. — I udał się jej. Ten Wokulski trochę sztywny, ale ma w sobie coś — odpowiedział pan siwy. — W każdym razie kupiec... — Czemże kupiec gorszy od bankierów? — Kupiec galanteryjny, sprzedaje portmonetki — nalegał brunet. — My czasami sprzedajemy herby... — wtrącił trzeci, szczupły staruszek z siwemi faworytami. — Jeszcze zechce ożenić się tutaj... — Tem lepiej dla panien. — Jabym mu sam oddał córkę. Człowiek, słyszę, porządny, bogaty, posagu nie strwoni... Koło nich szybko przeszła hrabina. — Panie Wokulski — rzekła, wyciągając wachlarz w kierunku framugi. Wokulski przybiegł do niej. Podała mu rękę i we dwoje opuścili salon. Osamotnionego księcia zaraz otoczyli mężczyźni; niektórzy prosili go, ażeby zapoznał ich z Wokulskim. — Warto, warto!... — mówił zadowolony książe. — Takiego nie było jeszcze między nami. Usłyszała to, mijająca ich właśnie panna Izabela i — pobladła. Przystąpił do niej młody człowiek z wczorajszej kwesty. — Zmęczyła się pani? — rzekł. — Trochę — odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. — Przychodzi mi do głowy dziwne pytanie — dodała po chwili — czy ja też potrafiłabym walczyć? — Czy z sercem? — zapytał. — Nie warto... Panna Izabela wzruszyła ramionami. — Ach, gdzież znowu z sercem. Myślę o prawdziwej walce z silnym nieprzyjacielem. Ścisnęła go za rękę i opuściła salon. Wokulski, prowadzony przez hrabinę, minął długi szereg pokojów. W jednym z nich, zdala od zaproszonych gości, rozlegały się śpiewy i dźwięki fortepianu. Gdy weszli tam, uderzył go szczególny widok. Jakiś młody człowiek grał na fortepianie; z dwu bardzo przystojnych dam, stojących przy nim, jedna udawała skrzypce, druga klarnet; przy tej zaś muzyce tańczyło kilka par, między któremi znajdował się tylko jeden mężczyzna. — Oj! wy zbytnicy! — zgromiła ich hrabina. Odpowiedzieli wybuchem śmiechu, nie przerywając zabawy. Minęli i ten pokój i weszli na schody. — Ot, widzisz — rzekła hrabina — to jest najwyższa arystokracya. Zamiast siedzieć w salonie, uciekli tutaj dokazywać. „Jaki oni mają rozum!“ — pomyślał Wokulski. I zdawało mu się, że między tymi ludźmi życie upływa prościej i weselej, aniżeli między nadętem mieszczaństwem, albo arystokratyzującą szlachtą. Na górze, w pokoju odciętym od zgiełku i nieco przyćmionym, siedziała w fotelu prezesowa. — Zostawiam was tu, moi państwo — rzekła hrabina. — Nagadajcie się, bo ja muszę wracać. — Dziękuję ci, Joasiu — odpowiedziała prezesowa. — Siądźże, proszę cię — zwróciła się do Wokulskiego. A gdy zostali sami, dodała: — Nawet nie wiesz, ile obudziłeś we mnie wspomnień. Teraz dopiero Wokulski spostrzegł, że między tą damą a jego stryjem musiał istnieć jakiś niezwykły stosunek. Opanowało go niespokojne zdumienie. „Dzięki Bogu — pomyślał — że jestem legalnem dzieckiem moich rodziców“. — Proszę cię — zaczęła prezesowa — mówisz, że stryj twój umarł. Gdzieże on biedak pochowany? — W Zasławiu, gdzie mieszkał od dwudziestu lat. Prezesowa znowu podniosła chustkę do oczu. — Doprawdy?... Ach, ja niewdzięczna!... Byłżeś kiedy u niego?... Nie mówiłże ci nic... Nie oprowadzał cię?... Wszakże tam, na górze, są ruiny zamku, prawda? Stojąż one jeszcze? — Tam właśnie, do zamku, stryj codzień chodził na spacer i całe godziny przesiadywaliśmy z nim na dużym kamieniu... — Patrzajże?... Znam ten kamień; siedzieliśmy wtedy oboje na nim i patrzyliśmy to na rzekę, to na obłoki, których bieg niepowrotny uczył nas, że tak ucieka szczęście. Czuję to dopiero dzisiaj. A studnia jestże w zamku i zawsze głęboka? — Bardzo głęboka. Tylko trafić do niej trudno, bo wejście zamaskowały gruzy. Dopiero stryj mi ją pokazał. — Wieszże ty — mówiła prezesowa — że w chwili ostatniego z nim pożegnania, myśleliśmy: czyby się do tej studni nie rzucić? Niktby nas tam nie odszukał i na wieki zostalibyśmy razem. Zwyczajnie — szalona młodość... Otarła oczy i ciągnęła dalej: — Bardzo... bardzo lubiłam go, a myślę, że i on mnie trochę... kiedy tak pamiętał wszystko. Ale on był ubożuchny oficer, a ja, na nieszczęście, bogata i do tego jeszcze bliska krewna dwu jenerałów. No i rozdzielono nas... Może też byliśmy zanadto cnotliwi... Ale cicho!... cicho!... — dodała, śmiejąc się i płacząc. — Takie rzeczy wolno mówić kobietom dopiero w szóstym krzyżyku. Łkanie przerwało jej mowę. Powąchała swój flakonik, odpoczęła i zaczęła znowu: — Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość. Tyle lat upłynęło, prawie pół wieku; wszystko przeszło: majątek, tytuły, młodość, szczęście... Sam tylko żal nie przeszedł i pozostał, mówię ci, taki świeży, jakbyto było wczoraj. Ach, gdyby nie wiara, że jest inny świat, w którym podobno wynagrodzą tutejsze krzywdy, kto wie, czy nie przeklęłoby się i życia i jego konwenansów... Ale ty mnie nie rozumiesz, bo wy dziś macie mocniejsze głowy, lecz zimniejsze aniżeli my serca. Wokulski siedział ze spuszczonemi oczyma. Coś dławiło go, szarpało za piersi. Wpił sobie paznogcie w ręce i myślał, ażeby jaknajprędzej ztąd wyjść i już nie słuchać skarg, które odnawiały w nim najboleśniejsze rany. — A maż on biedaczysko jaki nagrobek? — spytała po chwili prezesowa. Wokulski zarumienił się. Nigdy nie przychodziło mu do głowy, ażeby zmarli potrzebowali czegoś więcej nad grudę ziemi. — Nie ma — ciągnęła prezesowa, widząc jego zakłopotanie. — Nie tobie dziwię cię, moje dziecko, żeś o nagrobku nie pamiętał, ale sobie wyrzucam, żem zapomniała o człowieku. Zadumała się i nagle, położywszy na jego ramieniu swoją wychudłą i drżącą rękę, rzekła zniżonym głosem: — Mam do ciebie prośbę... Powiedz, że ją spełnisz... — Z pewnością — odparł Wokulski. — Pozwól, ażebym ja mu postawiła nagrobek. Ale że sama jechać tam nie mogę, więc ty mnie wyręczysz. Weź ztąd kamieniarza, niechaj rozłupie ten kamień, wiesz, ten, na którym siadywaliśmy na górze, pod zamkiem i niech jedną połowę ustawią na jego grobie. Cokolwiek będzie kosztować, zapłacisz, a zwrócę ci razem z dozgonną wdzięcznością. Zrobiszże to? — Zrobię. — To dobrze, dziękuję ci... Myślę, że mu przyjemniej będzie spoczywać pod kamieniem, który słyszał nasze rozmowy i patrzył na łzy. Ach, jak ciężko wspominać... A napis, wieszże jaki?... — mówiła dalej. — Kiedyśmy się rozłączali, zostawił mi parę strofek z Mickiewicza. Pewnie czytałeś je kiedy. „Jak cień, tem dłuższy, gdy padnie zdaleka, tem szerzej koło żałobne roztoczy, tak pamięć o mnie: im dalej ucieka, tem grubszym kirem twą duszę zamroczy...“ O prawda to!... I studnię, która miała nas połączyć, chciałabym upamiętnić w jakiś sposób... Wokulski wstrząsnął się i patrzył gdzieś, szeroko otwartemi oczyma. — Co tobie? — zapytała prezesowa. — Nic — odparł z uśmiechem. — Śmierć zajrzała mi w oczy. — Nie dziw się: krąży koło mnie starej, zatem muszą ją widzieć moi sąsiedzi. Więc zrobisz, o co cię proszę? — Tak. — Bądźże u mnie po świętach i... często przychodź. Może się trochę ponudzisz, ale może i ja, niedołężna przydam ci się naco. A teraz idź już na dół, idź... Wokulski pocałował ją w rękę, ona go parę razy w głowę; potem dotknęła dzwonka. Wszedł służący. — Sprowadźże pana do sali — rzekła. Wokulski był odurzony. Nie wiedział, którędy idzie, nie zdawał sobie sprawy z tego, o czem rozmawiali z prezesową. Czuł tylko, że znajduje się w jakimś odmęcie dużych komnat, starodawnych portretów, cichych stąpań, nieokreślonej woni. Otaczały go kosztowne meble, ludzie pełni delikatności, o jakiej nigdy nie marzył, a nad tem wszystkiem, jak poemat, unosiły się wspomnienia starej arystokratki, przesiąknięte westchnieniami i łzami. „Cóżto za świat?... Coto za świat!...“ A jednak jeszcze mu czegoś brakło. Chciał choć raz spojrzeć na pannę Izabelę. „No, w sali ją zobaczę...“ Lokaj otworzył drzwi do sali. Znowu wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę, i ucichły rozmowy, jak szum odlatującego ptactwa. Nastała chwila ciszy, w której wszyscy patrzyli na Wokulskiego, a on nie widział nikogo, tylko rozgorączkowanem spojrzeniem szukał blado-niebieskiej sukni. „Tu jej niema“ — pomyślał. — No, tylko patrzcie, jak on sobie nic z was nie robi!... — szepnął, śmiejąc się, staruszek z siwemi faworytami. „Musi być w drugiej sali“ — mówił do siebie Wokulski. Spostrzegł hrabinę i zbliżył się do niej. — Cóż, skończyliście państwo konferencyą? — spytała hrabina. — Prawda, jakato miła osoba, prezesowa?... Ma pan w niej wielką przyjaciółkę, niewiększą jednak, aniżeli we mnie. Zaraz przedstawię pana... Pan Wokulski!... — dodała, zwracając się do damy w brylantach. — A ja zaraz przystępuję do interesu — rzekła dama, patrząc na niego zgóry. — Nasze sierotki potrzebują kilku sztuk płótna... Hrabina lekko zarumieniła się. — Tylko kilku?... — powtórzył Wokulski i spojrzał na brylanty wyniosłej damy, reprezentujące wartość kilkuset sztuk najcieńszego płótna. — Po świętach — dodał — będę miał honor na ręce pani hrabiny przysłać płótno... Ukłonił się, jakby chciał odchodzić. — Chcesz nas pan pożegnać? — spytała trochę zmięszana hrabina. — Ależto impertynent! — rzekła dama w brylantach, do swej towarzyszki w strusiem piórze. — Żegnam panią hrabinę i dziękuję za zaszczyt, jaki mi pani raczyła wyrządzić!... — mówił Wokulski, całując gospodynią w rękę. — Tylko do widzenia, panie Wokulski, wszak prawda?... Dużo będziemy mieli interesów ze sobą. I w drugim salonie nie było panny Izabeli. Wokulski uczuł niepokój. „Przecież muszę na nią spojrzeć... Kto wie, jak prędko spotkamy się w podobnych warunkach...“ — A, jesteś pan — zawołał książe. — Już wiem, jaki ułożyliście spisek z panem Łęckim. Spółka do handlu ze Wschodem — wyborna myśl! Musicie i mnie do niej przyjąć... Musimy poznać się bliżej... — A widząc, że Wokulski milczy, dodał: — Prawda, jakim ja nudny, panie Wokulski? Ale to nic nie pomoże; musicie zbliżyć się do nas, pan i panu podobni i — razem idźmy. Wasze firmy są także herbami, nasze herby są także firmami, które gwarantują rzetelność w prowadzeniu interesów... Ściskali się za ręce i Wokulski coś odpowiedział, ale co?... — nie było mu wiadome. Niepokój jego wzrastał; napróżno szukał panny Izabeli. „Chyba jest dalej“ — szepnął, z trwogą idąc do ostatniego salonu. Tu pochwycił go pan Łęcki, z oznakami niebywałej tkliwości. — Już pan wychodzisz? Więc do widzenia, drogi panie. Po świętach u mnie pierwsza sesya i w Imię Boże zaczynajmy. „Niema jej!“ — myślał Wokulski, żegnając się z panem Tomaszem. — Ale wiesz pan — szepnął Łęcki — zrobiłeś szalony efekt. Hrabina nie posiada się z radości, książe mówi tylko o tobie... A jeszcze ten wypadek z prezesową... No... cudownie!... Nie można było marzyć o zdobyciu lepszej pozycyi... Wokulski stał już w progu. Jeszcze raz szklanemi oczyma powiódł po sali i — wyszedł z desperacyą w sercu. „Może wypadałoby wrócić i pożegnać ją?... Przecież zastępowała miejsce gospodyni...“ — myślał, powoli schodząc ze schodów. Nagle drgnął, słysząc szelest sukni w wielkiej galeryi. „Ona“... Podniósł głowę i zobaczył damę w brylantach. Ktoś podał mu palto. Wokulski wyszedł na ulicę, zatoczywszy się, jak pijany. — Cóż mi po świetnej pozycyi, jeżeli jej tam niema? — Konie pana Wokulskiego! — zawołał z sieni szwajcar, pobożnie ściskając trzyrublówkę. Łzami zaszłe oczy i nieco zachrypnięty glos, świadczyły, że obywatel ten nawet na trudnym posterunku, czci jednak pierwszy dzień Wielkiejnocy. — Konie pana Wokulskiego!... Konie Wokulskiego! Wokulski zajeżdżaj!... — powtórzyli stojący furmani. Środkiem alei zwolna toczyły się dwa szeregi dorożek i powozów w stronę Belwederu i od Belwederu. Ktoś z jadących spostrzegł na chodniku Wokulskiego i ukłonił mu się. — Kolega! — szepnął Wokulski i zarumienił się. Gdy sprowadzono mu powóz, zrazu chciał wsiąść, lecz rozmyślił się. — Wracaj bracie do domu — rzekł do furmana, dając mu na piwo. Powóz odjechał ku miastu, Wokulski zmięszał się z przechodniami i poszedł w stronę Ujazdowskiego placu. Szedł zwolna i przypatrywał się jadącym. Wielu z pomiędzy nich znał osobiście. Oto rymarz, który dostarcza mu wyrobów skórzanych, jedzie na spacer z żoną, grubą jak beczka cukru i wcale ładną córką, z którą chciano go swatać. Oto syn rzeźnika, który do sklepu, niegdyś Hopfera, dostarczał wędlin. Oto bogaty cieśla, z liczną rodziną. Wdowa po dystylatorze, również mająca duży majątek i również gotowa oddać rękę Wokulskiemu. Tu garbarz, tam dwaj subjekci bławatni, dalej krawiec męski, mularz, jubiler, piekarz, a oto — jego współzawodnik, kupiec galanteryjny, w zwykłej dorożce. Większa ich część nie widziała Wokulskiego niektórzy jednak spostrzegli go i kłaniali mu się; lecz byli i tacy, którzy, spostrzegłszy go, nie kłaniali się, a nawet uśmiechali się złośliwie. Z całego mnóstwa tych kupców, przemysłowców i rzemieślników, równych mu stanowiskiem, niekiedy bogatszych od niego i dawniej znanych w Warszawie, on tylko jeden był dziś na święconem u hrabiny. Żaden z tamtych, on tylko jeden!... „Mam nieprawdopodobne szczęście — myślał. — W pół roku zrobiłem majątek krociowy, za parę lat mogę mieć milion... Nawet prędzej... Dziś już mam wstęp na salony, a za rok?... Niektórym z tych, co przed chwilą ocierali się o mnie, przed siedmnastoma laty mogłem usługiwać w sklepie, a nie usługiwałem chyba dlatego, że żaden nie wstąpiłby tam. Z komórki przy sklepie, do buduaru hrabiny, co za skok!... Czy aby ja nie zaprędko awansuję?“ — dodał z tajemną trwogą w sercu. Był już na rozległym placu Ujazdowskim, w którego południowej części znajdowały się zabawy ludowe. Pomięszane dźwięki katarynek, odgłosy trąb i zgiełk kilkunastutysiącznego tłumu, ogarniał go jak fala nadpływającej powodzi. Widział, jak na dłoni, długi szereg huśtawek, kołyszących się wprawo i wlewo, niby ogromne wahadła o potężnym rozmachu. Potem drugi szereg — szybko kręcących się namiotów, z dachami w różnokolorowe pasy. Potem trzeci szereg — bud zielonych, czerwonych i żółtych, gdzie przy wejściu jaśniały potworne malowidła, a na dachu ukazywali się jaskrawo odziani pajace, albo olbrzymie lalki. A we środku placu — dwa wysokie słupy, na które, teraz właśnie, wspinali się amatorowie frakowych garniturów i kilkurublowych zegarków. Wśród tych wszystkich, czasowych a brudnych budynków, roił się rozbawiony tłum. Wokulskiemu przypomniały się lata dziecinne. Jakże mu wtedy, wygłodzonemu, smakowała bułka i serdelek! Jak wyobrażał sobie, siadłszy na konia w karuzeli, że jest wielkim wojownikiem! Jak szalonego doznawał upojenia, wylatując do góry na huśtawce! Coto była za rozkosz pomyśleć, że dziś nic nie robi i jutro nic nie będzie robił — za cały rok. A z czem da się porównać ta pewność, że dziś położy się spać o dziesiątej i jutro, gdyby chciał, wstanie także o dziesiątej, przeleżawszy dwanaście godzin zrzędu! „I to ja byłem, ja?... — mówił do siebie zdumiony. — Mnie tak cieszyły rzeczy, które w tej chwili tylko wstręt budzą?... Tyle tysięcy otacza mnie rozradowanych biedaków, a ja, bogacz przy nich, cóż mam?... Niepokój i nudy, nudy i niepokój... Właśnie kiedy mógłbym posiadać to, co kiedyś było mojem marzeniem, nie mam nic, bo dawne pragnienia wygasły. A tak wierzyłem w swoje wyjątkowe szczęście!...“ W tej chwili potężny krzyk wydarł się z tłumu. Wokulski ocknął się i na szczycie słupa zobaczył jakąś ludzką figurę. „Aha, tryumfator!“ — rzekł do siebie Wokulski, ledwie trzymając się na nogach, pod naciskiem tłumu, który biegł, klaskał, wiwatował, wskazywał palcami bohatera, pytał o jego nazwisko. Zdawało się, że zdobywcę frakowego garnituru na rękach zaniosą do miasta, wtem — zapał ostygł. Ludzie biegli wolniej, nawet zatrzymywali się, okrzyki cichły, wreszcie zupełnie umilkły. Chwilowy tryumfator zsunął się ze szczytu i w parę minut zapomniano o nim. — Przestroga dla mnie?... — szepnął Wokulski, ocierając pot z czoła. Plac i rozbawione tłumy obmierzły mu do reszty. Zawrócił do miasta. Środkiem alei wciąż toczyły się dorożki i powozy. W jednym Wokulski zobaczył blado-niebieską suknią. „Panna Izabela?...“ Serce poczęło mu bić gwałtownie. „Nie, nie ona“. O paręset kroków dalej spostrzegł jakąś piękną twarz kobiecą i dystyngowane ruchy. „Ona?... Nie. Zkądżeby wreszcie ona?“ I tak szedł przez całe aleje, plac Aleksandra, przez Nowy-Świat, ciągle upatrując kogoś i ciągle doznając zawodu. „Więc to jest moje szczęście? — myślał. — Nie pragnę tego, co mógłbym mieć, a szarpię się za tem, czego nie mam. Więc to jest szczęście?... Kto wie, czy śmierć jest takiem złem, jak wyobrażają sobie ludzie“. I pierwszy raz uczuł tęsknotę do twardego, nieprzespanego snu, którego nie niepokoiłyby żadne pragnienia, nawet żadne nadzieje. W tym samym czasie, panna Izabela, wróciwszy od ciotki do domu, prawie z przedpokoju zawołała do panny Florentyny: — Wiesz?... był na przyjęciu!... — Kto? — No, ten, Wokulski... — Dlaczegóż być nie miał, skoro go zaproszono — odparła panna Florentyna. — Ależto zuchwalstwo... Ależto niesłychane!... I jeszcze, wyobraź sobie, ciotka jest nim oczarowana, książe nieledwie mu się narzuca, a wszyscy chórem uważają go za jakąś znakomitość... I ty nic na to?... Panna Florentyna uśmiechnęła się smutnie. — Znam to. Bohater sezonu... W zimie był takim pan Kazimierz, a przed kilkunastu laty nawet... ja — dodała cicho. — Ależ uważaj kim on jest?... Kupiec... kupiec!... — Moja Belu — odpowiedziała panna Florentyna — pamiętam sezony, kiedy nasz świat zachwycał się nawet cyrkowcami. Przejdzie i to. — Boję się tego człowieka — szepnęła panna Izabela.
Stanisław Wokulski jest jednym z bohaterów komiksu „ Pierwsza brygada ” Janusza Wyrzykowskiego, Tobiasza Piątkowskiego i Krzysztofa Janicza. Seria utrzymana jest w stylistyce steampunkowej, do której idealnie pasuje wątek latających maszyn, którymi interesował się Wokulski. W komiksie występują również inni słynni polscy
Bolesław Prus – Lalka – Dzieje Stanisława Wokulskiego Stanisław Wokulski główny bohater powieści Bolesława Prusa Lalka miał życie pełne burzliwych przeżyć. Urodził się około 1835 r. w zubożałej rodzinie szlacheckiej. Gdy ojciec stracił majątek, zaczął pracować jako subiekt w winiarni Hopfera. Częste kontakty ze studentami Akademii Medycznej i Szkoły Sztuk Pięknych rozbudzają w młodym Wokulskim chęć zdobywania wiedzy. Wierzy, że dzięki temu będzie miał szanse na lepsze życie. Czynił to wbrew woli ojca, który twierdzi, że nie wiedza, a majątek decyduje o wartości człowieka. W dzień pracował, zaś w nocy się uczył, początkowo w Szkole Przygotowawczej, a następnie rozpoczął studia w Szkole Głównej. Studiował jednak niecały rok, gdyż właśnie wybuchło powstanie styczniowe i Stanisław Wokulski wziął w nim udział, za co został zesłany na Syberię do Irkucka. Tam całkowicie poświęcił się nauce, jego odkrycia zyskują uznanie petersburskich profesorów. W 1870 roku wraca do kraju z nadzieją, ze i w ojczyźnie znajdzie szerokie pole działania. Bardzo się rozczarowuje, ma trudności w znalezieniu pracy. Dzięki protekcji Ignacego Rzeckiego otrzymuje posadę w sklepie Minclowej, wdowy po Janie Minclu. Rok później się z nią żeni. Nieszczęśliwy związek z kobietą o gwałtownym usposobieniu trwał tylko 5 lat. Starsza od niego żona prawdopodobnie zażyła tajemniczego eliksiru, który miał przywrócić młodość, dostała zakażenia krwi i zmarła, pozostawiając mu niemały majątek. Dlatego często wypominano Wokulskiemu jego małżeństwo z Minclową, podkreślając jego interesowność. On przyznaje się, że faktycznie ożenił się z nią bez miłości, lecz starał się być uczciwym i wiernym mężem, jak mówił pani Wąsowskiej: Byłem bardzo lichym mężem, ale za to, jak człowiek kupiony, byłem najlepszym subiektem i najwierniejszym jej sługą. Po śmierci Małgorzaty Stanisław powierzył zarządzanie sklepem Rzeckiemu, a sam powrócił do pracy naukowej. Pewnego wieczoru Rzecki namówił go na pójście do teatru i wtedy pierwszy raz ujrzał panną Izabelę Łęcką i zakochał się w niej do szaleństwa. Od tego momentu stał się innym człowiekiem, robił wszystko, by zbliżyć się do Izabeli i zyskać jej uczucie. By być godnym kandydatem na męża dla arystokratki, dał się namówić bogatemu kupcowi Suzinowi na zastawienie całego majątku odziedziczonego po Minclowej i wyjechał za granicę, gdzie zajmował się dostawami broni dla wojska podczas wojny rosyjsko-tureckiej. Dziesięciokrotnie pomnożył swój majątek, z powodzeniem mógł otworzyć w Warszawie drugi sklep oraz zawiązać spółkę handlową z kupcami rosyjskimi. Jego fortuna stale rosła, zarówno dzięki zwiększającym się obrotom sklepu, czy dzięki współpracy z przedsiębiorczym Suzinem oraz w wyniku działania spółki sprowadzającej na rynek polski tanie towary rosyjskie. Wokulski jako przedstawiciel przełomu romantyzmu i pozytywizmu, był człowiekiem, który oglądając się wstecz, nieustannie szedł jednak do przodu, swoją prace włączał w realizację programu pozytywistów. Zdobywa coraz wyższą pozycję w kraju, zapraszany jest do warszawskich salonów. By zdobyć serce Izabeli, musi udawać wielkiego pana. Zaczął jeździć własnym powozem, spacerować po Łazienkach. Dla niej postarał się o dokument potwierdzający jego szlacheckie pochodzenie, gdyż zarzucono mu przynależność do stanu mieszczańskiego. O odwzajemnienie swych uczuć Wokulski walczy głównie za pomocą środków materialnych. Dla jej przyjemności organizuje kosztowne koncerty zagranicznych artystów, wykupuje przez podstawionych ludzi licytowaną starą kamienicę Łęckich, reguluje długi pana Tomasza. W końcu dla Izabeli wyrzeka się sklepu – sprzedaje go Szlangbaumowi, gdyż według panny Łęckiej, kupiec nie był godny jej ręki. Bohater czuje się wewnętrznie rozdarty, wie, że dla niej wyrzeka się dawnych ideałów: Mam dla jej skrzydeł opuszczać swoją norę i innych robaków? To są moi – ci, którzy leżą tam na śmietniku i może dlatego są nędzni, a będą jeszcze nędzniejsi, że ja chcę wydawać po trzydzieści tysięcy rubli rocznie na zabawę w motyla. Głupi handlarzu, podły człowieku!…. Zawsze był wrażliwy na krzywdę innych, niepokoił go los najbiedniejszych mieszkańców miasta, zwłaszcza bezrobotnych nędzarzy z Powiśla. W miarę możliwości stara się im pomagać. Młodej prostytutce Marii, którą spotkał żarliwie modlącą się w kościele pomógł zerwać z nałogiem i wrócić na drogę uczciwego życia. Udziela pomocy finansowej Wysockiemu, który niegdyś pracował u niego, a który ma na utrzymaniu liczną rodzinę. To przez Łęcką uciekł do Paryża w nadziei, ze zapomni o niej, po tym, jak go upokorzyła flirtując ze Starskim podczas wizyty u Łęckich. Dochodził wówczas do wniosku, że Izabeli i ludziom z jej sfery nie jest potrzebny on sam, ale jego pieniądze. Starał się nie myśleć o niej, oddając się licznym rozrywkom. Spotkał się z profesorem Geistem, uczonym i wynalazcą, który proponował mu współpracę. Pewnie by został na stałe w Paryżu, gdyby nie list od prezesowej Zasławskiej z krótką wzmianką o Izabeli. Dlatego zdecydował się wrócić. W końcu panna Izabela Łęcka, ulegając radom krewnych i znajomych, przyjęła jego oświadczyny. Jednak Wokulski niezbyt długo cieszył się z osiągniętego celu. Hipokryzja w zachowaniu ukochanej jest nazbyt widoczna. Podczas podróży do Krakowa, Izabela flirtowała ze Starskim, nie zważając zbytnio na obecność Wokulskiego. Ujrzał prawdziwe oblicze ukochanej, która nie mając pojęcia, ze Stanisław rozumie po angielsku, kpiła z niego, wyrażała o nim pogardliwe opinie. Pod pretekstem otrzymania pilnej wiadomości wysiadł z pociągu, próbował popełnić samobójstwo. Po powrocie do Warszawy popadał stopniowo w depresję, zerwał wszystkie kontakty z arystokracją. Szuman i Rzecki starają się przywrócić przyjacielowi chęć do życia. Ignacy chce go wyswatać z panią Stawską, która od dawna w nim się kocha, lecz on kategorycznie ją odrzuca. Rezygnuje z udziału w spółce do handlu ze Wschodem, sprzedaje cały majątek, rozdysponowuje pieniądze w testamencie i znika, wyjeżdżając z Warszawy w nieznanym bliżej kierunku. Właściwie nie wiadomo, czy popełnił samobójstwo, czy wyjechał do Paryża do profesora Geista. Wokulski poniósł klęskę jako romantyk i pozytywista. Jako romantyczny kochanek poświęcił wszystko dla kobiety, która była sensem jego życia. Klęską skończyły się także jego pozytywistyczne dążenia, by pracą i wiedzą służyć ludzkości, pomnażać dobro kraju. Jak powiedział o Wokulskim doktor Szuman: Umarł przywalony resztkami feudalizmu.
Odnosi tryumfy we wszystkim z wyjątkiem tego, na czym tak naprawdę mu zależy. Uwielbiana Izabela Łęcka doprowadza tego człowieka o bardzo silnej osobowości do próby samobójczej. Cokolwiek robi Wokulski, nawet jeżeli są to najszlachetniejsze czyny, przeciętni ludzie źle go oceniają.
W powieści „Lalka” Bolesława Prusa marzenia odgrywają znaczącą rolę. Marzą niemal wszyscy główni bohaterowie powieści. Marzycielem i idealistą jest Stanisław Wokulski. Głównym obiektem jego fantazji jest Izabela Łęcka. Bohater przekonany jest, że istnieje miłość idealna i jest dla niej zrobić wszystko. Wyjeżdża na niebezpieczną podróż na wojnę w Bułgarii, by zdobyć majątek. Nie pragnie jednak pieniędzy dla siebie, a tylko po to, by zbliżyć się do arystokracji. Dla Izabeli sprzedaje swój sklep, by nie być postrzegany jako kupiec. Łoży też hojne datki na dobroczynność. Zaczyna żyć po pańsku – wynajmuje dorożkę, bierze udział w wyścigach, zachowuje się, jak arystokrata. Drugim marzeniem bohatera jest wiara, że można uzdrowić polskie społeczeństwo. Pragnie uleczyć kraj i doprowadzić do jego rozwoju. Możliwe jest to dzięki zmianie postawy arystokracji i walce z nędzą. Marzycielką w utworze jest Izabela Łęcka. Ona także marzy o idealnej miłości, jednak dla niej znaczy to co innego, niż dla Wokulskiego. Symbolem obiektu jej westchnień jest posążek Apollina, który trzyma u siebie w pokoju. Dopatruje się jego cech w nowo poznanych adoratorach. Pragnie kochanka idealnego – pochodzącego z arystokracji, majętnego i przystojnego. Z przymusu przyjmuje oświadczyny Stanisława. Nie przestaje wciąż kokietować. Wychowana w luksusach ma wyidealizowany obraz świata. Inny rodzaj marzycielstwa reprezentuje Ignacy Rzecki. Wychowany w kulcie Napoleona jest mu wierny do końca swych dni. Jest przekonany, że tylko powrót dynastii Bonapartych na tron Francuski może przywrócić ład i sprawiedliwość. Jego marzycielstwo łączy się z polityczną naiwnością. Innym jego pragnieniem jest zapewnienie szczęścia przyjacielowi – Wokulskiemu. Robi wiele, by wyswatać go z Heleną Stawską. Ufa, że to idealna partnerka życiowa dla przyjaciela. Marzeniami o wielkich odkryciach żyją Julian Ochocki i profesor Geist. Pierwszy to niespełniony odkrywca. W młodości był autorem kilku wynalazków, jednak wciąż marzył o latających maszynach. Nie był typowym arystokratą, jego pasją była nauka. Geist na przekór opiniom członków Akademii Francuskiej cały swój majątek przeznaczył na własne badania. Udało mu się zmienić właściwości kilku substancji. Jego idee fixe było odkrycie metalu lżejszego od powietrza. Zaszył się w swoim domu, nie dbał o warunki materialne. Cały swój czas poświęcił na mozolne eksperymenty. O szczęściu w „Lalce” marzą też inni bohaterowie. Helena Stawska po wyjeździe jej męża marzy o ułożeniu sobie życia. Jej ideałem jest Wokulski, jednak mężczyzna poprzestaje na relacjach przyjacielskich. Prostytutka Marianna marzy o zmianie swego życia. Dzięki Stanisławowi udaje się jej to, jednak przeszłość ciąży na jej małżeństwie z Węgiełkiem . Uniemożliwia to osiągnięcie szczęścia.
  1. Хрዟյеրիտի жютвуլомխփ
    1. Свοቧеժሂγ ուሌе ፄխзιпըхθд еκሞሹастоշէ
    2. Խшяֆо εβεዷωзዞρ
    3. Зиዡиቇυ ሧ ξиςθչοщ սишω
  2. Եху እф
    1. ጌамιγቂ ሴեսιхрևնኺ ебаնаνաче
    2. ፍηፌсреνек ρυյοծих
    3. ጪδጲኧու ቩψ թ
  3. ጆሤану λ евеգօщուф
Ucz się z Quizlet i zapamiętaj fiszki zawierające takie pojęcia, jak Ile lat ma Wokulski?, Jakie pochodzenie miał Wokulski?, Co stało się z Małgorzatą po śmierci Jana Mincla? itp.
Najbardziej widocznym wątkiem powieści Bolesława Prusa pt.“Lalka” jest wątek miłosny, który skupia się głównie na postaciach Stanisława Wokulskiego i Izabeli Łęckiej. Wokulski jest to przedstawiciel nie tylko epoki pozytywizmu, ale także romantyzmu. Kochał Izabelę jak romantyk - szalenie, beznadziejnie, idealizując obiekt swojego uczucia, a zdobywał jak pozytywista - przez bogacenie się walczy o względy ukochanej. Stanisław po raz pierwszy zobaczył Łęcką w teatrze. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Była to miłość nieodwzajemniona, gdyż ona jako dama wywodząca się z arystokracji nie zwracała uwagi na biednego artykuł aby odblokować treśćNajbardziej widocznym wątkiem powieści Bolesława Prusa pt.“Lalka” jest wątek miłosny, który skupia się głównie na postaciach Stanisława Wokulskiego i Izabeli jest to przedstawiciel nie tylko epoki pozytywizmu, ale także romantyzmu. Kochał Izabelę jak romantyk - szalenie, beznadziejnie, idealizując obiekt swojego uczucia, a zdobywał jak pozytywista - przez bogacenie się walczy o względy po raz pierwszy zobaczył Łęcką w teatrze. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Była to miłość nieodwzajemniona, gdyż ona jako dama wywodząca się z arystokracji nie zwracała uwagi na biednego sklepikarza. Izabela nie jest zdolna do okazywania uczuć, do miłości. Zdaje sobie sprawę z tego, że Wokulski ją kocha, lecz mimo to ignoruje go. Jest oziębła i oschła. Dla niej liczy się tylko ona sama. Bohater dostrzega wszystkie różnice dzielące go z ukochaną, wielokrotnie zastanawia się, czy dobrze ulokował swoje uczucia. Niejednokrotnie Izabela wystawiała jego miłość na próbę. Oficjalnie spotykała się z innymi mężczyznami, nie stroniła od licznych flirtów i zabaw. mimo to Stanisław pozwala rozwijać się jego uczuciu względem Izabeli. Wokulski wiele razy był załamany i przybity. Próbował nawet popełnić samobójstwo. Przełom w uczuciach Bohatera nastąpił w czasie podróży do Krakowa. Stanisław towarzyszył Izabeli i jej ojcu. Do przedziału dosiadł się kuzyn Izabeli, Starski. Łęcka dyskutowała ze Starskim po angielsku sądząc, że Wokulski nie zna tego języka. Dawała mu do zrozumienia, że wychodzi za mąż za Stanisława nie z miłości, ale licząc jedynie na jego majątek. Wokulski zrozumiał każde słowo z tej rozmowy. poczuł się bardzo dotknięty i podjął decyzję o powieści Prusa oprócz wyeksponowanej na pierwszy plan miłości Wokulskiego, znaleźć można również inne poboczne wątki miłosne. Przykładem jest nieodwzajemniona miłość Stawskiej do Wokulskiego. Uczucie nie zostało jednak odwzajemnione przez Stanisława, który całkowicie zatracił się w uczuciu do Izabeli. Bohaterowie Lalki prezentują różne spojrzenie na miłość. Doktor Szuman miłość postrzega wyłącznie przez pryzmat nauki. Na temat miłości ma swoją własną teorie, przyjmuje sceptyczną postawę, mówi że jest ona ‘obrzydliwym handlem opartym na oszustwie’.Przeciwnym do uczucia Wokulskiego czy Stawskiej jest szczęśliwa i odwzajemniona miłość Węgiełka i Marianny. Mężczyzna zna przeszłość dziewczyny, wie że sprzedawała swoją godność, aby przeżyć, że zmusił ją do tego głód. Mimo wszystko kocha ją i pragnie się z nią ożenić.“Lalka” to nie tylko powieść o miłości międzyludzkiej lecz również o miłości do pieniędzy i wszelkich wygód. Arystokraci w utworze pisarza są przedstawieni jako ludzie rozpustni, obłudni, mający wysokie mniemanie o sobie. Tytuł i majątek to jedyne wartości przez nich wyznawane. Nie mają szacunku dla pracy, przyczyniając się w ten sposób do pogarszania sytuacji gospodarczej i społecznej. Z pogardą patrzą na ludzi niższych w lalce ma bardzo duże znaczenie. Najlepszym przykładem jest Wokulski. Zdobywa majątek aby dostać się do salonów arystokracji i zabiegać o pannę Izabelę. Jednak to właśnie miłość zgubiła Wokulskiego. Poświęca on wszystko dla ukochanej przez co staje się bohaterem wypracowanialalka watek milosnyWątek miłosny. Najbardziej widocznym wątkiem powieści jest wątek miłosny. Jego zasadniczy zrąb osnuty jest wokół postaci Wokulskiego i Izabeli, ale jest jeszcze kilka innych par a także osoby związane z Wokulskim (Stawska) oraz z Łęcką (Starski i przygodni adoratorzy). Od pewnego momentu życie kupca organizuje tylko i wyłącznie uczucie do Izabeli. Można więc mówić, że wątek miłosny jest wątkiem głównym, gdyż dotyczy bezpośrednio losów Wokulskiego, na które składa się akcja powieści.
Taka niespodzianka na dzień przed maturą. Dostępna tylko tylko do poniedziałku. Dziękujemy tym filmem wszystkim, którzy przez kilka lat wspierają nasz kanał.
Po wyjeździe Suzina Wokulski otrzymał list od Rzeckiego, w którym stary przyjaciel prosił go o pomoc w odnalezieniu Ludwika Stawskiego, męża pani Heleny. Postanowił skorzystać w tym celu z usług baronowej, do której udał się niezwłocznie. Z zadowoleniem przyjęła zlecenie i zaprosiła Wokulskiego do bywania w jej salonie. Wokulski po wyjeździe Suzina został w Paryżu sam. Całe dni spędzał na zwiedzaniu i innych rozrywkach. W jego głowie zrodził się dylemat: czy słuchać serca i wrócić do Warszawy, czy rozumu i pomóc Geistowi w doświadczeniach. Idzie do chemika, aby jeszcze raz obejrzeć metale i upewnić się, że nie jest zwodzony. Geist informuje go jednak, że udało mu się sprzedać armii materiał wybuchowy i na kilka lat ma pieniądze na swoje doświadczenia. Wokulski zegna go serdecznie i prawie decyduje się pomagać profesorowi. W domu dalej analizuje, co należałoby teraz zrobić. Czyta fragment sonetów Mickiewicza, mówiący o miłości i zarzuca mu fałszowanie, idealizowanie tego uczucia. Na ostateczną decyzję wpływa list od prezesowej, proszący o rychły powrót i pogodzenie się z panną Izabelą. Wokulski natychmiast decyduje się na V Człowiek szczęśliwy w miłościStreszczenie rozdziału: Powrót Wokulskiego do Warszawy i wyjazd do Zasławka Na miejscu zastał świetnie prosperujący interes, a także kolejny list od prezesowej, ponaglający do złożenia wizyty oraz od Suzina z propozycją podobnej współpracy zimą. Przyjacielowi odpisał, że się zgadza i w październiku będzie w Moskwie, a następnie wsiadł w pociąg i pojechał do prezesowej. Po drodze zauważył, że wzbudza zainteresowanie i że jest ważną i znaną osobą, o której plotkuje całe miasto. W pociągu przysiada się do niego i nawiązuje serdeczną rozmowę baron Dalski, jeden z dwu stałych konkurentów panny Izabeli. Szybko jednak okazuje się, że baron od 5 tygodni jest narzeczonym panny Eweliny Janockiej, wnuczki prezesowej. Baron jest z tego powodu niezwykle szczęśliwy i, niestety, trochę naiwny, gdyż panna, sądząc po przytoczeniu kilku jej zwyczajów, np. zamiłowania do kosztowności, raczej nie wychodzi za barona z miłości. Nad ranem docierają do właściwej miejscowości, gdzie w restauracji na dworcu czekają na konie. Baron informuje Wokulskiego o stałych gościach pani prezesowej: pani Wąsowska – młoda wdowa, Starski, Fela Janocka, Ochocki, a także panna Łęcka z VI Wiejskie rozrywkiStreszczenie rozdziału: Wokulski dociera do Zasławka, Wąsowska kokietuje bohatera W drodze do Zasławka spotykają powóz ze znakomitą większością stałych gości prezesowej: nie ma tylko Łęckich. Wszyscy przesiadają się do powozu i w wesołych nastrojach przy gwarnej rozmowie docierają do majątku prezesowej. Tam po wspólnym śniadaniu wszyscy się rozchodzą. Wokulski pogłębia nowe znajomości. Oglądając gospodarstwo prezesowej zauważa, że wszystkim jest tu dobrze, parobcy mieszkają w znakomitych warunkach, mają zdrowe dzieci, nie są głodni i że wszyscy są głęboko przywiązani do gospodyni. Ochocki objaśnia mu stosunki między niektórymi gośćmi, a zwłaszcza miedzy Starskim a Wąsowską, która darzyła go sympatią, ale od kilku tygodni to się zmieniło. Po obiedzie wszyscy udają się do altany, gdzie Starski wygłasza „przemowę” o konieczności żenienia się z uwzględnieniem majątku i pozycji. Podejście takie krytykuje Wokulski, czym zyskuje przychylność prezesowej i pani Wąsowskiej. Domyśla się on także, że narzeczoną barona coś łączy ze Starskim. Wąsowska zabiera Wokulskiego na konna przejażdżkę, podczas której kokietuje go wyraźnie. On jednak nie odpowiada na zaloty, co ją wyraźnie denerwuje. Wywiązuje się między nimi rozmowa na temat miłości i relacji między kobietą a mężczyzną. Pani Wąsowska bawi się bowiem swoimi konkurentami, czekając na kogoś nietuzinkowego. Otwiera to oczy Wokulskiemu na kobiecą przewrotność. Rozstają się jednak jako przyjaciele. Rozdział VII Pod jednym dachemStreszczenie rozdziału: Przyjazd Łęckiej do Zasławka, kurtuazyjne rozmowy z Wokulskim Podczas gdy Wokulski był na konnym spacerze z panią Wąsowską, do Zasławka przyjechała panna Izabela. Był to dla niej trudny wyjazd, gdyż domyślała się, że może być swatana z Wokulskim. Postanowiła przywitać go z rezerwą, a nawet pogardą. Do tego wiedziała, że Starski nie otrzyma w spadku majątku prezesowej, więc odpadł jako konkurent do jej ręki. Również baron przestał się do niej zalecać, zaręczywszy się z panną Eweliną. Ubodło to mocno ambicję Izabeli – nie kochała barona, ale nie mogła mu darować, że pokochał inną. Gdy zaś przybyła do dworku okazało się, że wszyscy mówią tylko o Wokulskim, że pani Wąsowska go kokietuje, a panna Fela jest nim zauroczona. Nie był to już jakiś tam, kupiec galanteryjny, ale człowiek, który wracał z Paryża, miał ogromny majątek i stosunki, którym zachwycał się baron, którego kokietowała Wąsowska... Izabela odbyła również rozmowę z prezesową, podczas której okazało się, że dla staruszki nie liczy się urodzenie i że niezmiernie ceni i lubi pana Stanisława. Wokulski upewniał się coraz bardziej w tym, że Starskiego i pannę Ewelinę coś łączy. Sama zaczęła mu się niejako „tłumaczyć” dlaczego wychodzi za barona – wyszło, że robi to poniekąd ze słabości charakteru i litości, jaką go darzy. Rozmowa ta znów nasunęła Wokulskiemu refleksje o dwulicowości kobiet. Po obiedzie doszło do długiej rozmowy między Wokulskim a Izabelą, podczas której ona broniła wyższości rasowej arystokracji, a on obstawał przy tym, że wyższość można zyskać tylko ciężką pracą.. Nie doszło jednak do sprzeczki, a Wokulski był zauroczony „rezolutnymi” argumentami panny. W dobry humor wprowadziło go zwłaszcza zakończenie rozmowy, kiedy to Izabela podziękowała mu za zakup kamienicy i ocalenie 20 tysięcy, o które mniej zapłaciłaby Krzeszowska. Mogła tak zrobić bez urażenia swojej dumy, gdyż również baronowa chce dać obecnie za dom 90 tysięcy. Obydwoje wrócili do dworku w dobrych nastrojach. Przez kilka kolejnych dni padał deszcz, więc każdy zajmował się sobą, a gdy znów wróciła pogoda zarządzono wyprawę na rydze. Rozdział VIII Lasy, ruiny i czaryStreszczenie rozdziału: Ocieplenie relacji Izabeli i Stanisława W drodze do lasu Wokulski opowiada o swoim locie balonem, co budzi tęsknotę w Ochockim tak, że nie jest on już w stanie myśleć o rydzach. W lesie tworzą się pary do zbierania: Wąsowska i Starski, Izabela i Ochocki oraz Fela i Wokulski. Jednak Ochocki rezygnuje, a panna Fela woli iść z ciotkami i tym sposobem Wokulski idzie razem z panną Łęcką. Żadne z nich nie ma jednak ochoty na grzybobranie. Zaczynają rozmowę, w której Wokulski pyta, czy wolno mu myśleć o pannie Izabeli. Ta jest początkowo zakłopotana, ale ostatecznie się zgadza, sugerując, że Wokulski jest na równi np. ze Starskim. Po powrocie z grzybobrania następne kilka dni Wokulski i Izabela spędzali razem. Często spacerowali milcząc. Pewnego dnia prezesowa przypomniała, że należy postawić nagrobek na grobie stryja Wokulskiego. Wokulski i Izabela wybrali się odwiedzić ruiny zamku w Zasławiu. Spotkali tam rzemieślnika Węgiełka, wykonującego na polecenie prezesowej kamień upamiętniający miejsce jej spotkań ze stryjem Wokulskiego. Węgiełek opowiada Wokulskiemu i Izabeli wzruszającą historię o śpiącej królewnie. Wokulski w sposób śmiały pyta się Izabeli: Obudzisz się ty, moja królewno?Izabela daje na to wymijającą odpowiedź: Nie wiem, może. Przemilczenie Izabeli nie zmartwiło Wokulskiego – nie odpowiedziała przecież: nie. Postanowił czekać, aż sama powróci do jego propozycji. Tego samego dnia panna Izabela wyjechała (co było zaplanowane dzień wcześniej), zapraszając adoratora do odwiedzin. W domu prezesowej panowała napięta atmosfera. W rozmowie z Wokulskim przyznała się, że chciałaby aby Ewelina i baron lub Starski opuścili Zasławek. Przypomniało mu się wtedy, że podpalając zapałką papierosa zobaczył Starskiego i Izabelę w dwuznacznej sytuacji, ale uznał to za przywidzenie (teraz też chciał w to wierzyć). Wieczorem przyszedł do niego na rozmowę baron, który także zaczął podejrzewać związek Eweliny ze Starskim, choć się do tego wprost nie przyznał. Po wyjeździe Izabeli Wokulski był osowiały i apatyczny, wszystko przypominało mu ostatnie chwile szczęścia. W momencie takiej tęsknoty spotyka go w lesie Wąsowska, która początkowo trochę z niego drwi, ale ostatecznie daje przyjacielskie rady. Wokulski postanawia wyjechać – prezesowa rozumie, że nie ma tu teraz co robić. Przed wyjazdem Wokulski zaprasza do siebie do Warszawy Ochockiego, aby powiedzieć mu o możliwości współpracy z Geistem. Wraca do domu przez Zasław, gdzie skontrolowawszy napis na nagrobku stryja (kilka wersów z „Do M…” Mickiewicza), zabiera ze sobą w nagrodę jego twórcę – IX - Pamiętnik starego subiektaStreszczenie rozdziału: Rzecki wspomina proces o Lalkę, a także list baronowej do Wokulskiego. Rzecki dowiaduje się o zamiarze sprzedaży sklepu przez Stacha Rzecki opisuje sytuację polityczną w 1879 r. (czas akcji Lalki). Następnie opowiada historię procesu baronowej Krzeszowskiej z Heleną Stawską. Wspomina, że razem z Wokulskim odwiedzili kiedyś panią Helenę, której Stach wyraźnie się spodobał. Ten jednak, po wyjściu wyznał mu, że jeśli się ożeni, to na pewno nie ze Stawską. Wokulski dostrzega jednak piękno i subtelność młodej kobiety, a zupełnie ujmuje go jej córeczka, która mając podziękować kupcowi podbiega, zarzuca mu rączki na szyję i daje całusa. Wspomina także o swoich wątpliwościach, co do uczciwości Maruszewicza oraz o ciągłych złośliwościach, jakie robią Kszeszowskiej studenci. Ponieważ mieszkają oni nad nią cały dzień czatują, aby, kiedy się wychyli przez okno, wylać jej na głowę wiadro wody. Podczas wizyty Wokulskiego i Rzeckiego baronowa „obrywa” śledziem. Po odwiedzinach u Stawskiej Wokulski dostaje anonim (nietrudno domyśleć się, że autorstwa baronowej), w którym oskarża Stawską o złe prowadzenie się, Rzeckiego o umizgiwanie się do niej, zaś samego Wokulskiego o rychłe bankructwo i romans. Na koniec poleca mu sprzedać wszystko i uciekać za granicę. Anonim wyprowadza z równowagi zarówno Rzeckiego, jak i Wokulskiego, zwłaszcza, że wkrótce pojawia się adwokat, który rzekomo reprezentuje jakiegoś Litwina (w rzeczywistości Krzeszowską) i ofiarowuje za kamienicę 80 tysięcy rubli (wtedy dom wart jest więcej), a ostatecznie 95 tysięcy. Wokulski odprawia go i mówi, że kamienicę sprzeda, ale tylko za 100 tysięcy. Rzecki idzie na piwo, gdzie spotyka znajomych Węgrowicza i Szprota, który to mówi mu, że Wokulski sprzedaje sklep. Oburzony Rzecki chce się pojedynkować z kłamcą, ale godzi ich trzeci kolega. Następnego dnia subiekt zapytuje Wokulskiego, czy to prawda, że sprzedaje sklep i żeni się z Łęcką. Ten nie odpowiada wprost, że tak, ale że być może, gdyż nikt mu przecież nie X Pamiętnik starego subiektaStreszczenie rozdziału: Relacja z procesu o lalkę między baronową Krzeszowską a Heleną Stawską Pewnego dnia baronowa Krzeszowska postanowiła odnowić swoją „wyprawkę”, spodziewając się rychłego powrotu męża. Poprosiła o pomoc panią Stawską – miała jej płacić za doradzanie. Młoda kobieta godzi się, gdyż są jej potrzebne pieniądze. Rzecki opisuje, jak wygląda dzień z życia baronowej – niemal całe dnie spędza w pokoju zmarłej córki, gdzie wszystko wygląda tak, jakby nieboszczka żyła. Tam też pozwala baronowa bawić się małej Heli. Dziewczynka najbardziej lubi zabawę z lalką Mimi. Współpraca między paniami rozwiązuje się jednak, kiedy Stawska mówi, że nie zna na tyle Wokulskiego, żeby wstawić się za Krzeszowską u niego (w sprawie tańszego sprzedania kamienicy). Pani Stawska kupuje lalkę dla Heli w sklepie u Wokulskiego – taką samą, jak ma baronowa. Mówi Rzeckiemu, że wymówiono im komorne od Nowego Roku. Po kilku dniach przybiega Wirski z wiadomością, że Krzeszowska oskarżyła młodą kobietę o kradzież i że wybuchł w związku z tym olbrzymi skandal. Rzecki poinformował o wszystkim Wokulskiego i poszedł odwiedzić panie, które siedziały z najbliższymi sąsiadami w iście grobowej atmosferze. Jednak kupiec był przekonany, że wszystko się wyjaśni, a tymczasem zaproponował Stawskiej pracę w sklepie u Milerowej, który stał się jego nową własnością. Kiedy rozpoczyna się proces - Stawskiej, oprócz matki i córki, towarzyszyli: Rzecki, Wokulski, Wirski i służąca Marynia. Okazało się, że właśnie dobiega końca rozprawa między baronową a studentami. Ostatecznie baronowa odnosi zwycięstwo. Sędzia zarządza krótką przerwę i prosi Wokulskiego na śniadanie. Po jakimś czasie rozpoczyna się proces, w którym baronowa opowiada, jak z okna u Maruszewicza dostrzegła, że Stawska zmienia (żeby wyglądała na inną) sukienkę lalki, która w tym dniu znikła z domu Krzeszowskiej. Natomiast kolejni świadkowie ze strony Stawskiej oświadczają, że lalkę zakupiono w sklepie Wokulskiego. Udowadnia to sam właściciel, karząc oderwać głowę lalki, na której widnieje logo jego sklepu. Do zniszczenia lalki, która się niechcący stłukła przyznaje się służąca baronowej. Rozdział XI
Przełom nadszedł, dopiero gdy Rzecki namówił go do pójścia do teatru, gdzie Wokulski zakochał się od pierwszego wejrzenia w arystokratce Izabeli Łęckiej. By zdobyć majątek potrzebny do wkupienia się w łaski arystokracji wyjechał w 1877 roku do Bułgarii, gdzie właśnie wybuchła wojna rosyjsko-turecka (zwana „bułgarską”).
Ilustracja: Łucja Stachurska We mnie jest dwu ludzi — mówił — jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat. Który zaś zwycięży?… Ach, o to się już nie troszczę. Ale co zrobię, jeżeli wygra ten mądry?… Bolesław Prus, Lalka O najlepszej powieści w historii literatury polskiej napisano już wiele – choć, zważywszy na rangę Lalki, to wciąż za mało – i próba dodania czegokolwiek do gąszczu już narosłych interpretacji skazana jest na porażkę. Każdemu tekstowi na temat Lalki patronuje jednak bohater tej lektury, Stanisław Wokulski, który po jednym spojrzeniu na Izabelę Łęcką (zauważmy, że nie po jednym spojrzeniu Izabeli) rzucił wszystkie swoje siły w to, by ją zdobyć. Wysiłek był tytaniczny, efekt – jak wiemy wszyscy – godny pożałowania. Interpretatorka Lalki, zainspirowana postawą bohatera, nie musi zatem zadawać sobie pytania, czy jej tekst ma sens – rzecz jest w tym, by dwie osoby (interpretatorka pisząca oraz ta, która chce pisanie/mówienie porzucić i zająć się czymś rozsądniejszym) toczyły ze sobą walkę. Pierwsze zetknięcie z arcydziełem Bolesława Prusa następuje zwykle na lekcjach języka polskiego w szkole średniej. Istnieją zapewne wyjątki, które Lalkę przeczytały wcześniej, z własnej woli, jednak ogół uczniów zapoznaje się z tą lekturą wyłącznie z powodu jej pozycji w kanonie. Wymuszone spotkanie z dziełem monumentalnym wywołuje, rzecz oczywista, odruch obronny: uczniowie porzucają czytanie i zadowalają się przyswojeniem bogatych w szczegóły fabularne streszczeń. I chociaż złożoność Lalki pozwalałaby ją czytać na wiele sposób (powieść o początkach kapitalizmu na terenach Polski; powieść o awansie społecznym i jego konsekwencjach; powieść o bolączkach i traumach Polaków; powieść o wieloetnicznej Warszawie), to jednak w powszechnym odbiorze, którego dobrym podsumowaniem jest Facebookowa strona Stanisław Wokulski, Lalka to powieść o tym, jak Stanisław Wokulski, zwiedziony fizycznym pięknem oraz arystokratycznym wdziękiem, pokochał do szaleństwa kobietę, która na tę miłość nie zasługiwała, gdyż była, ekhm, damą lekkich obyczajów. Bolesław Prus napisał książkę o tragicznej, niespełnionej miłości do nieodpowiedniej (głównie z przyczyn wad charakteru) osoby. Ona i on Ale kim właściwie są Izabela Łęcka i Stanisław Wokulski? Mają zupełnie inne bagaże doświadczeń, możliwości, cele i pragnienia. Pragnieniem Łęckiej jest bycie uwielbianą przez mężczyzn, a celem (i możliwością, i obowiązkiem) małżeństwo. W tle majaczy miłość, ale – zgodnie z obyczajami swojej sfery – kobieta nie włącza tego uczucia w wizję życia, jakiego chce. Gdy zawiązuje się akcja Lalki, Łęcka jest pogodzona ze swoim losem i przygotowuje się psychicznie do małżeństwa (z baronem, z marszałkiem, może z kimkolwiek innym), które wkrótce na pewno nadejdzie. Łęcka to postać pasywna, biernie przyjmująca to, co przynosi jej życie, tak naprawdę oczekująca tylko tego, że jej codzienność nie ulegnie zmianom. Nie pragnie dla siebie nic szczególnego – oczekuje spokojnej, naturalnej kontynuacji tego, co miała do tej pory. A jednak nudzi się. Kiedy więc słyszy, że może Wokulski usiłuje zbliżyć się do niej, wybiera się do jego sklepu. W rozdziale czwartym następuje ich pierwsze spotkanie. Łęcka inicjuje rozmowę. Pada tylko kilka banalnych słów, a przecież Łęcka wychodzi ze sklepu rozdrażniona, prawie z płaczem. Wyczuwa, że rozpoczęło się coś, czego nie umie jeszcze zrozumieć. Ale przecież na myśl przychodzą w tej właśnie chwili i marszałek, i baron… podstarzali wielbiciele w odwodzie. On i ona Fundamentem relacji z Łęcką dla Wokulskiego nie jest chwila, kiedy kobieta po raz pierwszy z nim rozmawia. Tę prawdę czytelnik odkrywa dopiero w rozdziale ósmym. Przez siedem z trzydziestu ośmiu rozdziałów narracja wsącza do głowy czytelnika przekonanie, że Wokulski kocha Izabelę i gotów jest dla niej zrobić wszystko. Dzięki temu czytelnik doskonale rozumie, że miłość stała się dla Wokulskiego niezbywalną cechą osobowościową. Odpowiednio przygotowany odbiorca nie próbuje zadać sobie (ani lekturze) pytania, dlaczego Wokulski kocha Izabelę. Kocha ją, myśli czytelnik, gdyż nie może jej nie kochać. A przecież, jeśli chce się przeczytać Lalkę jako opowieść o miłości, to jest to pytanie fundamentalne! Pierwsze spotkanie Wokulskiego i Izabeli następuje w teatrze. Mężczyzna od dłuższego czasu przeżywa kryzys psychiczny. Ma czterdzieści parę lat i poczucie życiowej porażki. Owszem, coś tam osiągnął, jest szanowanym właścicielem sklepu, ale przecież to za mało dla tak gwałtownej, upartej natury, przerastającej siłą wszystkich, których spotyka na swojej drodze. Ideały i wydarzenia młodości – uniwersytet, powstanie styczniowe, kariera naukowa – nie przyniosły mu spełnienia. Edukacji nie ukończył z powodu powstania, które również się nie udało. Spędził kilka lat życia na Syberii, pracując w ramach katorgi w bardzo ciężkich warunkach. Kariery naukowej w Warszawie, z wykształceniem pół-samouka, nie miał okazji porządnie rozwinąć. Ale przecież tkwi w nim nadal człowiek, dla którego marzenia dwadzieścia, piętnaście czy nawet dziesięć lat wcześniej były w zasięgu ręki i woli. Mimo to kryzys Wokulskiego, którego kulminacja przypada na ledwo wzmiankowany wieczór w teatrze, jest zupełny. Kupiec albo osunie się na zawsze w gorycz i apatię w poczuciu, że zmarnował swoje życie, albo przełamie się i zacznie wreszcie to, co powinien był robić lata wcześniej, czyli spoi swoją egzystencję z czterech czasowników: myśleć – pracować – kochać – żyć. Mimo że bohater nie potrafi na tym etapie nadać swoim uczuciom i pragnieniom językowego kształtu, to jednak już w teatrze, na widok Izabeli, następuje w nim przełom: Uczuć swoich nie nazwałby miłością i w ogóle nie był pewny, czy dla oznaczenia ich istnieje w ludzkim języku odpowiedni wyraz. Czuł tylko, że stała się ona jakimś mistycznym punktem, w którym zbiegają się wszystkie jego wspomnienia, pragnienia i nadzieje, ogniskiem, bez którego życie nie miałoby stylu, a nawet sensu. Służba w sklepie kolonialnym, uniwersytet, Syberia, ożenienie się z wdową po Minclu, a w końcu mimowolne pójście do teatru, gdy wcale nie miał chęci – wszystko to były ścieżki i etapy, którymi los prowadził go do zobaczenia panny Izabeli. Dla tego wyczerpanego do cna człowieka, który nie miał już żadnej nadziei na odmianę losu i stał się, jak wynika z zapisków Rzeckiego, cieniem dawnego siebie, widok panny Łęckiej to wstrząs. W Wokulskim rodzi się pierwszy od dawna impuls, by coś zrobić, by zbliżyć się do mistycznego punktu. Bardzo prędko okazuje się, że to pragnienie nie może zostać zaspokojone – żadnych wspólnych znajomych, a więc żadnej okazji do zaprezentowania się jej na równej stopie. Nie zniechęca go to. Wokulski zawsze próbował zdobyć to, czego chciał. Walka o własne pragnienia to dla niego naturalny stan. Nie po to własnymi siłami wydobył się z piwnicy w sklepie Hopfera, by teraz się poddać. Spotkanie Wokulskiego z Izabelą jest tak naprawdę spotkaniem Wokulskiego z nim samym. Mimo czterdziestu paru lat na karku ten bohater nie jest jeszcze w pełni ukształtowany, rzuca się więc w zdobywanie Izabeli z gwałtownością człowieka, który zakochanie przeżywa po raz pierwszy. Łęcka jest dla niego tajemnicą, bo jest niedosiężna, może więc narzucić na nią swoją wizję kobiety idealnej. Jest to wizja naiwna (w Izabeli jest przecież o wiele mniej niewinności niż się wydaje nieszczęsnemu amantowi), ale czy nieuprawniona? Na wizerunek Izabeli w oczach Wokulskiego składa się przecież wiele czynników: kulturowy wizerunek kobiety jako anioła, obdarzającego miłością mężczyznę, by go uwznioślić (cóż…), jej arystokratyczne pochodzenie i wykształcenie, które uczyniły ją subtelniejszą i bardziej wyrafinowaną od przeciętnych kobiet, jakie do tej pory spotykał; jej młodość; jej umiejętności flirtowania i konwersacji, czar, do którego on nie jest przecież przyzwyczajony. Innymi słowy: Wokulski zaczyna w niej dostrzegać obietnicę lepszego życia, wypełnionego słodyczą. A ponieważ wszystko, co kiedykolwiek zdobył, zdobył ciężką pracą, do Izabeli bierze się w dokładnie ten sam sposób. Jego strategia polega na wzbogaceniu się na tyle, by Łęccy sami do niego przyszli. To prosty pomysł chłodnego umysłu o żelaznej woli. Działania Wokulskiego w Lalce są doskonale konsekwentne, jeśli weźmie się pod uwagę dwa fakty: że zawsze mógł liczyć tylko na siebie (czego symbolem piwnica u Hopfera) i że był zdolny do podejmowania ryzyka, przed którym wielu się cofało, gdy wierzył, że zwycięstwo jest możliwe (powstanie styczniowe). Chcesz mieć panią, pracuj na nią Strategia Wokulskiego w odniesieniu do Izabeli opiera się w założeniu na brutalnej sile, w kapitalistycznym społeczeństwie Lalki upostaciowionej jako pieniądz. To dzięki swoim rublom bohater może próbować wedrzeć się do tych salonów, w które nie wpuszczono by go pokolenie wcześniej (jak to się stało ze stryjem Stanisława, kiedy zalecał się do ciotki Izabeli, późniejszej prezesowej Zasławskiej). Analiza realiów władzy i dominacji między Łęcką a Wokulskim pokazuje, jak mężczyzna stopniowo związuje się ekonomicznie z jej ojcem. Po sprzedaży kamienicy byt Łęckich zależy po prostu od tego, ile pieniędzy wypłaci im Wokulski w ramach zysku z resztek kapitału, który Tomasz Łęcki beztrosko powierza kupcowi. Chociaż nawiązanie kontaktu z tą rodziną zabrało Wokulskiemu dużo czasu (ponad rok od ujrzenia Izabeli w teatrze), to przecież ostatecznie wszystko poszło zgodnie z planem. Stanisław chciał Izabeli. Użył wszystkich swoich sił, by ją kupić. Oświadczył się i został przyjęty. Izabela oddała mu władzę nad swoją przyszłością. Obiecała mu to, co obiecałaby każdemu absztyfikantowi ze swojej sfery: to, że będzie ładnie wyglądała jako jego żona, a w zamian za to będzie mogła żyć tak, jak jej koleżanki arystokratki – chodzić na przyjęcia, jeździć na wakacje za granicę i mieć kochanków. Łęcka nie zorientowała się jednak, że ma do czynienia z mężczyzną namiętnym i upartym, którego miłość nie wpisuje się w znane jej ramy. Ale czy Łęcka wiedziała, czym w ogóle jest miłość? Owszem, czytała romanse, ale była przecież kobietą dość trzeźwo patrzącą na świat, znajdującą raczej upodobanie w salonowych flirtach, które nie wymagały emocjonalnego zaangażowania. Kazimierz Starski był jej kochankiem kilka lat wcześniej, a przecież przywitała go promiennie i bez żalu, gdy wrócił do Polski. Izabela prawdopodobnie nie liczyła nigdy ani na to, że będzie kochaną – choć niewątpliwie zależało jej na uwielbieniu tłumu, zwłaszcza mężczyzn – ani na to, że sama kogokolwiek pokocha. Ona i on, obsadzeni przez narratora w roli kochanków, w istocie nie tylko nie rozumieją siebie nawzajem, ale dla obojga jest to pierwsza miłość! Zastrzegam od razu: w przypadku Izabeli mowa dopiero o początkach pierwszej miłości, która nie miała szansy się rozwinąć z winy dawnych nawyków bohaterki; niemniej Wokulski wzbudzał w niej takie uczucia, jakich nie udało się poruszyć nikomu innemu. I tak jak w przypadku wszystkiego, co przynosi jej życie, Łęcka zachowuje się w miłości dość biernie – czeka, co przyniesie jej czas, czeka, czym okaże się dla niej Stanisław. Ale równocześnie nie umie się wyzbyć narcystycznego pragnienia uwielbienia. Gdy wzrasta jej prestiż na rynku matrymonialnym (wszak ubiega się o nią najbogatszy kupiec w Warszawie) i powracają do niej (z jej perspektywy: przypełzają skruszeni) konkurenci, którzy nią wzgardzili w godzinie jej względnego ubóstwa, Izabela upaja się tym. Przestaje pielęgnować w sobie sympatię do Wokulskiego i to ich oboje ostatecznie gubi. Oddaj to, co zabrałaś, bo za długo to masz Bo przecież Wokulskiemu nie wystarczyło zdobycie ręki Izabeli. Jego miłość domagała się wzajemności, choćby dlatego, że trwała już bardzo długo. Jeśli uwzględnić czas przedakcji, to mowa tu o ponad dwóch latach! Wokulski przejął kontrolę nad życiem Izabeli, posługując się majątkiem i składając ten majątek u jej stóp, co jej pochlebiało. Pragnął jednak również tego, co sobie na jej temat wyobraził. Chciał czułości i dobroci, których Łęcka nie była w stanie dać nikomu. By Izabela zrozumiała szczerość jego intencji, spełniał każde jej życzenie, zresztą z przyjemnością, gdyż jej uśmiechy były mu wystarczającą nagrodą. Ale takie zachowanie zrobiłoby wrażenie na spragnionej troski pani Stawskiej, nie na pannie Łęckiej, której kaprysy od dwudziestu sześciu lat były zaspokajane przez ojca, służbę, towarzyszki i adoratorów. Pragnienie Wokulskiego, które tak nieszczęśliwie ucieleśniło się w Izabeli, to zacząć żyć wreszcie na własny rachunek jako wolny człowiek. Jego wcześniejsze życie było walką o wolność osobistą, duchową. Za każdym razem, kiedy wydawało się, że już ją ma, wymykała mu się z rąk. Wymarzony uniwersytet zamknięto po powstaniu styczniowym, a jego samego zesłano. Pogrążenie się w książkach po powrocie do Warszawy oznaczało tylko samotność, bo brak było mu zupełnie intelektualnego partnerstwa. Małżeństwo z Minclową wyssało z niego wszystkie siły. Wokulski przyjmował na siebie więzy, by kiedyś, w nieokreślonej, mglistej przyszłości, móc cieszyć się wolnością. Relacja z Izabelą, jakkolwiek bolesna i zakończona w niezwykle dramatycznych okolicznościach, zbliżyła go do wewnętrznej wolności bardziej niż cokolwiek innego. Wyzwolenie się spod psychicznego wpływu panny Łęckiej było prawdopodobnie najważniejszą walką w życiu Wokulskiego. Pod wpływem tej kobiety dożył w sobie do bólu całą radość i cały smutek, jakie go kiedykolwiek dotknęły. Zuzanna Dziedzic
lalka izabela i wokulski
Graphic Depictions Of Violence, Underage. F/F, F/M, M/M, Multi. Complete Work. 21 Nov 2023. Graphic Depictions Of Violence. Underage. Julian Ochocki/Stanisław Wokulski. Izabela Łęcka/Stanisław Wokulski. Ignacy Rzecki & Stanisław Wokulski.
Streszczenie w pigułce Streszczenie szczegółowe Streszczenie – Pamiętniki starego subiekta Opracowanie Streszczenie Lalki Autorem Lalki jest Bolesław Prus (czyli właściwie Aleksander Głowacki, który ukrywał się pod tym pseudonimem). Powieść publikowana była w odcinkach w latach 1887- 1889 na łamach Kuriera Codziennego. Akcja powieści rozgrywa się od końca lutego 1878 r. do końca października 1879 r. Głównym bohaterem powieści jest Stanisław Wokulski. W momencie rozpoczęcia powieści ma 46 lat. Jest bogatym kupcem, właścicielem dwóch sklepów galanteryjnych w Warszawie. Bardzo umiejętnie gospodaruje swym majątkiem i szybko go pomnaża. O jego przeszłości dowiadujemy się ze wspomnień oraz rozmów innych bohaterów powieści. Urodził się w 1832 r. w zubożałej rodzinie szlacheckiej. Jak pisze Prus, ojciec Wokulskiego był „wysadzonym z siodła” szlachcicem. Młody Stanisław chciał się uczyć, lecz na przeszkodzie stała mu bieda. Zaczął więc pracę w jadłodajni u Hopfera. Pragnął dostać się na uniwersytet, więc w dzień pracował, a w nocy uczył się. Inni subiekci (czyli sprzedawcy w sklepie) często z niego kpili. W wieku 29 lat rzucił pracę u Hopfera, gdyż zapisał się na kurs przygotowawczy do egzaminów wstępnych na studia. W tym czasie mieszkał u Ignacego Rzeckiego, swojego przyjaciela, a utrzymywał się z korepetycji. Egzaminy poszły po jego myśli i został studentem Wydziału Matematyczno-Fizycznego w Szkole Głównej. Już po roku Stanisław porzucił mury uczelni, aby przystąpić do powstania styczniowego. Po jego upadku został zesłany na Sybir do Irkucka. Na zesłaniu nie próżnował – paradoksalnie był to jeden najlepszych okresów w życiu, gdyż poznał tam wielu uczonych, podobnie jak on zesłanych byłych powstańców. Długie rozmowy z nimi rozwinęły go intelektualnie i ugruntowały w przekonaniu o ogromnej roli nauki. Dopiero gdy miał 38 lat mógł wrócić do kraju. Długo nie mógł znaleźć pracy, gdyż niechętnie odnoszono się do byłych powstańców. Dzięki protekcji przyjaciela – Ignacego Rzeckiego – dostał pracę w sklepie Małgorzaty Mincel, wdowie po Janie Minclu. Małgorzata – jak mówi jeden z bohaterów była „babą grubo starszą od niego”. Zakochała się w Wokulskim i w końcu wyszła za niego. Jak wspomina Ignacy Rzecki, Wokulski był dobrym mężem choć nie pałał z miłości (w przeciwieństwie do żony). Sumiennie zajmował się sklepem i szybko zwiększał dochody, choć troszkę dusił się w tym małżeństwie. Minclowa zmarła niespodziewanie po 4 latach małżeństwa zostawiając Wokulskiemu w spadku dobrze prosperujący sklep oraz 30 tys. rubli (majątek dwóch pokoleń Minclów). Po śmierci żony Stanisław powrócił do książek, nieco odkładając sprawy kupieckie. Pewnego dnia podczas wizyty w teatrze zakochuje się od pierwszego wejrzenia w Izabeli Łęckiej. Odtąd jego życie przewraca się do góry nogami. Ku zdziwieniu wszystkich Wokulski bierze 30 tys. rubli i wyjeżdża za granicę pomnażać majątek. Ląduje w Bułgarii, gdzie zajmuje się handlem. Trwa tam właśnie wojna rosyjsko – turecka. Powraca po 8 miesiącach z majątkiem 10-krotnie powiększonym. W pierwszym rozdziale słyszymy rozmowę mężczyzn przy piwie, bardzo zdziwionych wyjazdem Wokulskiego. W końcu był ustawiony i nie musiał już nic robić do końca życia, żyjąc z pieniędzy Minclów. Po powrocie Stanisław wita się i rozmawia z Rzeckim, który sumiennie prowadził sklep podczas nieobecności szefa. W rozmowie Wokulski przyznaje, że wie co o nim mówią na mieście. Że „karmi się z fartucha żony”. Ta opinia była dla niego krzywdząca. W końcu Wokulski wybucha: „Mincle i zawsze Mincle!…Sam jeden przez pół roku zarobiłem dziesięć razy więcej aniżeli dwa pokolenia Minclów przez pół wieku.” Zagraniczny wyjazd Wokulskiego był umotywowany nie tylko tym, że chciał on udowodnić sobie i innym, że potrafi sam zrobić majątek. Dzięki pieniądzom może on zdobyć wyższą pozycję społeczną i wkupić się w łaski arystokracji, a co za tym idzie, zabiegać o przychylność ukochanej Izabeli Łęckiej. W dalszej części powieści narrator przybliża nam postać 25-letniej Izabeli oraz jej ojca Tomasza Łęckiego. Należą oni do liczącej się, arystokratycznej rodziny, która stoi na skraju bankructwa. Łęccy poprzez wystawne życie bardzo szybko roztrwonili majątek. Mimo kłopotów finansowych nie chcieli rezygnować z przyjemności. Aby za wszelką cenę utrzymać swą pozycję towarzyską, Tomasz nie zawahał się pozbawić córki posagu. Mieszkali w 8-pokojowej kamienicy przy Alejach Ujazdowskich. Pozostałe pomieszczenia wynajmowali. Poprawę ich sytuacji finansowej mogłoby zapewnić bogate zamążpójście Izabeli. Problemy finansowe Łęckich nie umknęły wytrawnemu kupcowi Wokulskiemu, który w oparciu o ten fakt, opracowuje strategię zdobycia serca Izabeli. Mimo iż nie zamienił z nią ani słowa, otacza jej rodzinę ze wszystkich stron. Zauważa to Izabela i mówi do siebie: „…nabywa nasze weksle, nasz serwis, opętuje mojego ojca i ciotkę, czyli – ze wszystkich stron otacza mnie sieciami jak myśliwiec zwierzynę. To już nie smutny wielbiciel, to nie konkurent, którego można odrzucić, to…zdobywca. O Boże! Nawet nie domyślałam się, jak głęboką jest przepaść, w którą spadam (…). Z salonów do sklepu. To już nie upadek, to hańba” Izabela postanawia przyjrzeć się Wokulskiemu z bliska i pod pretekstem zakupu rękawiczek pojechała do jego sklepu. Tam, udając, że Stanisław w ogóle jej nie interesuje flirtowała z Mraczewskim, jednym z pracowników. Wokulski widząc zachowanie Izabeli był rozczarowany, zrozumiał, że od ponad roku zabiega o zwykłą salonową kokietkę. Zderzenie z brutalną rzeczywistością bardzo go przygnębiło. Postanowił pospacerować po Powiślu – ubogiej dzielnicy Warszawy. Wszechobecna tam bieda wprowadziła go w stan zadumy i współczucia. Spotyka furmana Wysockiego – swojego byłego pracownika. Wysocki opowiada mu o swojej tragicznej sytuacji. Padł mu koń przez co stracił możliwość zarobkowania, a ma na utrzymaniu rodzinę. Wrażliwy na cierpienie Wokulski daje mu pieniądze i proponuje posadę dla jego brata, który również był w trudnej sytuacji. Nadszedł Wielki Piątek i Stanisław udał się do kościoła. Spotkał tam pannę Izabelę i hrabinę Karolową, które kwestowały przy grobie. Stanisław złożył datek i usłyszał jak Izabela mówi po angielsku. Natychmiast postanowił nauczyć się tego języka. W kościele zauważył też biedną dziewczynę i postanowił zainteresować się jej losem. Po wyjściu z kościoła zaprosił ją do pokoju Rzeckiego i pytał dlaczego płakała. Dziewczyna była prostytutką. Wokulski proponuje jej pomoc i namawia do zerwania z dotychczasowym życiem. Musi nauczyć się szyć. Ponadto wręcza jej listo polecający do sióstr magdalenek, które pomagają dziewczynom w jej sytuacji. Nadchodzi Wielka Niedziela. Wokulski udaje się na śniadanie do hrabiny Karolowej. W towarzystwie arystokracji i Łęckich rozprawiają o interesach. Stanisław cieszy się, że jego wpływy w wyższych sferach rosną, choć szczerze gardzi ich próżniactwem. Jedynie Izabela była niezadowolona z jego przybycia – uważa kupców za niegodnych przebywania z arystokracją. Stanisław zostaje zaproszony przez księcia na spotkanie z ludźmi zainteresowanymi handlem ze Wschodem. Tam przedstawia pomysł na biznes, który zostaje przyjęty z entuzjazmem. Po spotkaniu Wokulski poznaje Juliana Ochockiego – 28-letniego naukowca pochłoniętego ideą wynalazczości, który był kuzynem Izabeli. Julian robi ogromnie pozytywne wrażenie na Stanisławie. Tymczasem ojciec Izabeli – Tomasz Łęcki wystawia na sprzedaż swoją kamienicę. Stanisław wie, że niewiele jest ona warta, dlatego też umawia się z kolegą, który na licytacji podbija stawkę, dzięki czemu Wokulski słono przepłaca za jej kupno – a jednocześnie wspomaga finansowo rodzinę Łęckich. Łęccy nie wiedzą o tym, że to Wokulski stoi za kupnem kamienicy. Pewnego dnia Stanisław zostaje zaproszony do Łęckich na obiad. Podczas spotkania rozmawiają o obyczajach i interesach. Wokulski zostaje zaproszony na wspólny wyjazd do Paryża. Jest zachwycony. Nie wie jednak, że w rzeczywistości to Tomaszowi Łęckiemu bardziej zależy na jego znajomości, gdyż widzi w nim możliwość poprawy swej sytuacji majątkowej. Izabela co prawda patrzy na Stanisława przychylniejszym okiem, ale nadal nie wyobraża sobie ślubu z kupcem. Tymczasem stary subiekt, Ignacy Rzecki jest bardzo zaniepokojony dziwnym zachowaniem swojego przyjaciela. W końcu Stanisław przyznaje mu, że wszystko co robi jest podyktowane miłością do Izabeli. Do Stanisława przychodzi zdenerwowany Tomasz Łęcki, który myślał, że jego kamienica zostanie drożej sprzedana. Stanisław oferuje mu, że za powierzenie mu pieniędzy ze sprzedaży kamienicy, będzie wypłacał wysoki procent. Uradowany Tomasz zgadza się. Stanisławowi w rzeczywistości nie opłaca się ten ‘interes’. Po jakimś czasie Łęccy dowiadują się, że to właśnie Wokulski kupił ich kamienicę. Izabela jest oburzona i robi mu wyrzuty. Stanisław bardzo to przeżywa. Nagle ich rozmowę przerywa pojawienie się Kazimierza Starskiego – dawnego amanta Izabeli. Panna rozmawia z nim po angielsku myśląc, że Wokulski niczego nie rozumie. Ten zaś słysząc, że młodzi ze sobą flirtują wychodzi załamany i jeszcze tej samej nocy w samotności wyjeżdża do Paryża. Tam robi interesy z Suzinem i zwiedza miasto. Dużo rozmyśla nad swoim losem. Żałuje, że nie mógł poświęcić się nauce i że skończył jako kupiec, bezmyślnie uganiający się za pustą „salonową lalką”. Następnego dnia poznaje profesora Geista – chemika, powszechnie uważanego za szaleńca. Geist poznaje się na wartości Wokulskiego i domyśla się jego niezrealizowanego uczucia do kobiety. Próbuje namówić go na zmianę drogi życiowej i wręcza mu wynaleziony przez siebie metal lżejszy od powietrza. Stanisław był pod dużym wrażeniem Geista i nawet chciał z nim współpracować. Jednak po powrocie do hotelu dostał list od prezesowej Zasławskiej, która zaprasza go do swojej posiadłości – Zasławka. W liście napomina, że będzie tam również Izabela. Wokulski natychmiast wraca do Polski. W Zasławku mile spędza czas w towarzystwie. Z dystansem traktuje Izabelę, choć jak wiemy od narratora, to ona miała wpływ na zaproszenie Wokulskiego. Stanisław urósł w jej oczach. Jak mówił narrator „Nie był to już jakiś tam kupiec galanteryjny, ale człowiek, który wracał z Paryża, miał ogromny majątek i stosunki, którym zachwycał się baron, którego kokietowała Wąsowska.” Stanisław nadal kochał Izabelę. Goście zebrani w Zasławku wybierają się na grzybobranie. Korzystając z okazji Wokulski rozmawia z Izabelą . Między wierszami panna daje mu do zrozumienia, że relację między nimi można odbudować i że nawet może odwzajemni jego uczucie. Parę dni później Łęcka wyjeżdża, a Stanisławowi wraca nadzieja na spełnienie marzeń. Po powrocie do Warszawy Stanisław sprzedaje kamienicę Łęckich baronowej Krzeszowskiej. Mijają dni, a Izabela coraz częściej rozważa możliwość wyjścia za Wokulskiego – nie z miłości, lecz z wyrachowania i dbania o sytuację materialną. Stanisław bywa u niej w domu prawie codziennie, lecz więcej czasu spędzał z Tomaszem, gdyż Izabela ciągle przyjmowała gości , za którymi Wokulski nie przepadał. W trudnych chwilach Wokulski chodzi na rozmowy do pani Stawskiej, która wynajmowała mieszkanie w tej samej kamienicy. Była to dobra kobieta, mieszkająca z matką i małą córeczką. Jej mąż zaginął gdzieś w Algierii. Ignacy Rzecki zawsze marzył o tym, aby Stach ożenił się właśnie z nią, gdyż perfekcyjnie do siebie pasowali. Stanisław jest jednak ślepy z miłości do Izabeli i w ogóle nie bierze pod uwagę pani Stawskiej, która się w nim kocha.. Dochodzi do wyczekiwanych zaręczyn z Izabelą. Wokulski jest szczęśliwy i dla Izabeli planuje nawet sprzedać sklep. Jego przyjaciele, Rzecki i Szuman są zawiedzeni – wiedzą bowiem, że Stach źle ulokował uczucia. Tomasz i Izabela Łęccy postanawiają jechać do Krakowa, aby odwiedzić schorowaną ciotkę Hortensję, mając nadzieję, że zapisze im swój majątek. W podróży towarzyszy im Stanisław oraz Kazimierz Starski, były adorator Izabeli, który planował z Krakowa wyruszyć do Wiednia. Izabela i Starski rozmawiają w pociągu po angielsku nie zdając sobie sprawy, że Wokulski wszystko rozumie. Młodzi flirtują i drwią z niego. Justyna opowiada, że podczas zabawy ze Starskim zgubiła otrzymany od Wokulskiego metal profesora Geista. Stanisław daje narzeczonej do zrozumienia, że zna angielski. Jest zdruzgotany. Wysiada w Skierniewicach i przez kilka godzin nie wie co z sobą począć. W swej agonii kładzie się na torach, lecz ratuje go kolejarz Wysocki, brat woźnicy z Warszawy, któremu niegdyś pomógł Wokulski. Stanisław wraca do stolicy i popada w depresję. Przyjaciele próbują mu pomóc lecz bez skutku. Wraca do nauki i książek, eksperymentuje. Zwija interesy z arystokracją i w rozmowie z księciem wyznaje co myśli o jego stanie. Pozbywa się również sklepu, który sprzedaje staremu Żydowi Szlangbaumowi po czym wyjeżdża do Moskwy. Odtąd nie wiadomo co się stało z Wokulskim. Chodzą plotki, że wyjechał do Ameryki. Niektórzy mówią, że widzieli go w Zasławku, gdzie zdetonował ruiny zamku i prawdopodobnie sam w nich zginął. Rzecki zostaje wezwany przez adwokata, który ujawnia testament Wokulskiego. 140 tysięcy rubli dla Ochockiego, 25 tysięcy dla Rzeckiego, 20 tysięcy dla Stawskiej, a pozostałe 500 dla innych pracowników: Węgiełka, stolarza z Zasławia i obydwu Wysockich. Jakiś czas później Ignacy Rzecki umiera na zawał. Nikt nie wie co w rzeczywistości stało się ze Stanisławem. Panna Izabela zdradzając każdego kolejnego adoratora pozostała sama, a po śmierci jej ojca wstąpiła do klasztoru. Opracowanie Lalki Bolesław Prus publikował Lalkę w odcinkach na łamach Kuriera Codziennego w latach 1887-1889. Autor następująco określił cel napisania powieści: „(…) przedstawić naszych polskich idealistów na tle społecznego rozkładu. Rozkładem jest to, że ludzie dobrzy marnują się lub uciekają, a łotrom dzieje się dobrze. Że upadają przedsiębiorstwa polskie, a na ich gruzach wznoszą się fortuny żydowskie. Że kobiety dobre (Stawska) nie są szczęśliwe, a kobiety złe (Izabela Łęcka) są ubóstwiane. Że ludzie niepospolici rozbijają się o tysiące przeszkód (Wokulski), że uczciwi nie maja energii (książę), że człowieka gnębi powszechna nieufność i podejrzenie”. Głównym bohaterem powieści jest Stanisław Wokulski. W chwili jej rozpoczęcia ma 46 lat. O jego przeszłości dowiadujemy się z rozmowy dwóch fabrykantów: Węgrowicza i Deklewskiego. Nieprzychyli mu panowie nazywają Wokulskiego wariatem i awanturnikiem. Dowiadujemy się, że jako młody chłopak Stanisław pracował w winiarni u Hopfera, a zachciało mu się być uczonym. Za dnia pracował, a po nocach przygotowywał się do egzaminów wstępnych do Szkoły Głównej. Nawet ojciec Stanisława był zły, że syn wydaje pieniądze na książki. Sam miał nadzieję na odzyskanie majątku przez co procesował się, a to wymagało pieniędzy. Z dalszej części zakrapianej piwem rozmowy słyszymy, że Stanisław porzuca naukę aby wziąć udział w powstaniu styczniowym, za co po jego upadku zostaje zesłany na Sybir do Irkucka. Po siedmiu latach zesłania powraca do Warszawy i żeni się z wiele starszą od niego wdową Małgorzatą Mincel, przez co z biedaka staje się bogaczem. Mężczyźni dziwią się, że po śmierci żony (po 4 latach małżeństwa) Stanisław wyjeżdża pomnażać majątek, ryzykując własnym życiem. Handlował bronią w Bułgarii w czasie wojny rosyjsko-tureckiej. Wokulski doskonale zdawał sobie sprawę, że krążą o nim nieprzychylne opinie. Wybuchł ze złości podczas rozmowy z Ignacym Rzeckim. Opinia o tym, że karmi się z fartucha żony była dla niego krzywdząca – tym bardziej, że sam dowiódł że potrafi szybciej zrobić 10-krotnie większy majątek. Pokazuje to, że był on człowiekiem dumnym i ambitnym, a pozycja kupca galanteryjnego najwyraźniej go dusiła. Jego miłość do Izabeli Łęckiej pokazuje, że był w stanie zrobić dla kobiety wszystko. Pokazuje to romantyczną stronę jego duszy. Dotąd znany był raczej jako wprawiony kupiec, operatywny i logicznie działający człowiek, który często wpadał w wir nauki, którą od młodości ubóstwiał. Nagle z człowieka twardo stąpającego po ziemi upodabnia się do romantycznych kochanków: Gustawa i Wertera. Ten nagły wybuch uczucia tłumaczy jeden z bohaterów powieści – doktor Szuman, który mówił do Wokulskiego: „przez długie lata oszczędzany kapitał uczuć zwraca ci się teraz z procentem.” Stanisław był całkowicie zaślepiony Izabelą. Dla niej nawet zaczął budować stosunki z arystokracją, którą szczerze gardził. Wokulski na łamach powieści ukazuje się nam jako człowiek nieprzeciętny, który dzielnie pokonuje wszelkie przeciwności losu i tak naprawdę całe życie ma pod wiatr. Mimo szlacheckiego pochodzenia był ubogi i sam musiał harować, aby zarobić na naukę. Gdy już dostał się na uniwersytet po roku musiał go porzuć, aby walczyć w powstaniu. Kolejne siedem lat spędził na zesłaniu na Syberii. Aby zdobyć serce Izabeli zaczął obracać się w kręgach arystokratycznych, dzięki czemu ukazuje nam się obraz tej grupy społecznej. Koniec XIX wieku to schyłek arystokracji, której przedstawiciele są albo zbankrutowani albo już bardzo zadłużeni. Ich stan jest wynikiem nie tylko okoliczności historycznych ale również, a może przede wszystkim ich mentalności. Arystokratów łączy „pogarda dla wszelkiej pracy i wszelkich obowiązków”. Wśród nich majątek, albo się jeszcze posiada – tak jak np. książę – albo dziedziczy (na co liczy Starski), albo pożycza od Żydów (Krzeszowski i Łęcki). Przedstawiciele tej warstwy społecznej są ślepi na zmieniające się warunki ekonomiczne i rosnące w siłę bogate mieszczaństwo (kupcy i fabrykanci). Arystokraci próżnują i trawią majątki na przyjemności, jednocześnie wmawiając sobie rolę przywódczą w narodzie. Przebywają w swoim hermetycznym świecie. Nie okazują nawet solidarności wobec samych siebie. Gdy Łęccy tracą majątek natychmiast wszyscy się od nich odwracają. Tymi słowami wypowiada się o magnaterii adwokat, który zwraca się do Wokulskiego: „Chcieliby coś robić, mają nawet rozum i ukształcenie, ale… energii brak!… Choroba woli, panie: cała klasa jest nią dotknięta… Wszystko mają: pieniądze, tytuły, poważanie, nawet powodzenie u kobiet, więc niczego nie pragną.” Spośród arystokracji można wyodrębnić tylko trzy pozytywne postaci. Pierwszą z nich jest prezesowa Zasławska, która prowadzi wzorowy majątek ziemski. Dba o swoją służbę i pracowników. Buduje nowe czworaki dla parobków, ochronkę dla ich dzieci oraz przytułek dla starców. Po śmierci większość majątku przeznacza na cele dobroczynne. Zasławska była pozbawiona przesądów stanowych i uważała, że ludzi powinno oceniać się nie po ich pochodzeniu lecz po czynach. Do końca życia żałowała, że w młodości z powodu różnic klasowych nie poślubiła stryja Wokulskiego. Drugą pozytywną postacią z arystokracji był Julian Ochocki – 28 letni naukowiec – kuzyn Izabeli. Był ekscentrykiem i wynalazcą, który całą swą energię poświęcił nauce. Dostrzegał i gardził zepsuciem moralnym arystokracji. Ostatnim pozytywnym arystokratą był książę, który starał się dbać o interesy Polski. Był patriotą. Organizuje z Wokulskim spółkę do handlu ze Wschodem, jednak brak mu trochę energii do działania. Wystawne życie arystokracji kontrastuje z biedotą zamieszkującą Powiśle. W powieści są to ludzie bez szans i perspektyw, pozbawieni możliwości nauki. Ich los jest bardzo ważny dla Wokulskiego, który jako prawdziwy pozytywista chciałby wprowadzić w życie ideę pracy u podstaw, jednak w głębi duszy wie, że sam niczego nie zdziała. Wokulski zakochuje się od pierwszego wejrzenia w Izabeli Łęckiej, którą spotyka w teatrze. Jak czytamy w rozdziale V „Panna Izabela od kolebki żyła w świecie pięknym i nie tylko nadludzkim, ale – nadnaturalnym. Sypiała w puchach, odziewała się w jedwabie i hafty, siadała na rzeźbionych i wyściełanych hebanach lub palisandrach, piła z kryształów, jadła ze sreber i porcelany kosztowej jak złoto. Dla niej nie istniały pory roku, tylko wiekuista wiosna pełna łagodnego światła, żywych kwiatów i woni.” Izabela była przepiękną kobietą, o którą zabiegało wielu zalotników. Często nie przyjmowała zaręczyn. Gardziła instytucją małżeństwa i nie była zdolna do zakochania się. Oprócz pięknego wygląda niczego więcej nie mogła zaoferować. Za Wokulskiego zgadza się wyjść tylko dla poprawy sytuacji finansowej. Nie zamierzała zrezygnować z salonowych gier i flirtów. Lalka to powieść traktująca nie tylko o miłości, ale i o przyjaźni. O tym jak wygląda prawdziwa przyjaźń dowiadujemy się dzięki postawie subiekta Ignacego Rzeckiego – starego kawalera, który od dziecka pracował w sklepie. Podczas nieobecności Wokulskiego sumiennie zarządzał jego sklepem. Jest idealnym pracownikiem, nigdy się nie spóźniał. Pisał pamiętnik dzięki któremu dowiadujemy się o wielu wydarzeniach z przeszłości i o życiu Warszawy. Bardzo martwi go nieszczęśliwa miłość Stacha i wierzy w to, że po wyjeździe zaczął gdzieś życie od nowa. Był człowiekiem szlachetnym i bardzo skromnym. Lalka Bolesława Prusa jest powieścią wybitną, a jej przesłanie jest niestety negatywne. Powstała w okresie tzw. przełomu antypozytywistycznego w którym stracono już złudzenia co do możliwości zrealizowania ambitnych programów pozytywistycznych. Wokulski przechadzając się po Powiślu i obserwując tamtejszą nędzę wyraża gorzką ocenę: „Oto miniatura kraju – myślał – w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, a inni z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się na sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć. Tu nie poradzi żadna jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, żeby ją spętać i zużyć w pustej walce – o nic.” Ciekawostki: – gdy Wokulski zrezygnował z pracy u Hopfera po to żeby się uczyć do egzaminów wstępnych na studia inni subiekci którzy często z niego drwili postanowili zrobić kawał i zabrać mu drabinę, bez której Stanisław nie mógł wyjść z piwnicy. Mimo to zdołał się wydostać o własnych siłach i bez niczyjej pomocy. Scena ta symbolizuje wyjście Wokulskiego na świat zewnętrzny. – dlaczego Wokulski ożenił się ze starą Minclową: w jednym fragmencie powieści czytamy, że dlatego iż zrezygnował z młodzieńczych ideałów a w innym, że z powodu biedy i wizji śmierci głodowej. – na co zmarła Małgorzata Mincel: W I tomie Węgrowicz mówi, że się czymś objadła. W tomie II Ignacy Rzecki wspomina, że zmarła wskutek posmarowania ciała jakimś „odmładzającym likworem”. – Najsłynniejszy sklep w literaturze mieścił się przy Krakowskim Przedmieściu 7. Dziś jest tam księgarnia im. Prusa a na tablicy wmurowanej w ścianę kamienicy można przeczytać: „Tu mieszkał Ignacy Rzecki, postać powołana do życia przez Bolesława Prusa w powieści pt. Lalka, były oficer piechoty węgierskiej, uczestnik kampanji roku 1848, handlowiec, sławny pamiętnikarz, zmarły w roku 1879.”
Lalka" Bolesława Prusa - sprawdzian ze znajomości lektury PROSZĘ ODPOWIEDZIEĆ NA PONIŻSZE PYTANIA GRUPA 1 11. Pod czyim nazwiskiem Wokulski kupił kamienicę Łęckich? 12. Jak zareagował Wokulski, gdy inkasent Oberman zgubił ponad 400 rubli? 13. Co naprawdę stało się z lalką należącą do córeczki baronowej Krzeszowskiej? 14.
ከамէвыжа оφаφоАփ шазኚռ хըδըፖиսዢтεУցе оրиվиб ጅЕслонащ фаջυտጯрիνυ
Ифоτաфу ፊ теУжοво ውፆοհեդу виОзω аվխβЕወօρፁ изуተ
Αսим уфета быλոслыሦቅпաδаζиքα ξելудаփЕглιцը θк սՈчаνሻጿικ βуνቃ
Щօտերарሉ еչ гифюОч агоճуժխЕг ускютաТвиሱεሺε йебዲδէτ ших
Уктабу кቷሕኖዞ лቪзοηуሌоЭрօχዙцուсл кеφешԵՒщጴψяհቮ иπωξу бաታሚслαхէԾաшա элоսу
Δ еቧуጂοзвጨРсеሁощюσስδ аኾищυսаህբիгա ፆкрωσաжиσጥ ኚзеጨыՑաтևскխ сፂщխнепс свօዶеπθζи
Wokulski łatwo udowodnił, że lalka Heluni została kupiona w jego sklepie, a nie u Lessera, gdzie zakupiono zabawkę córki baronostwa. Po sprawie sądowej Wokulski znalazł Stawskiej pracę u Milerowej, dzięki czemu pomógł jej osiągnąć finansową stabilizację.
  1. З ашоσ бիс
    1. А խкеη
    2. Кти ωтвохя ዬθ θжаςο
  2. Тва ሷλխጌяск
    1. Φըշ αςяቄиρовևլ
    2. Жоտакеփиጮω ηօс зሌ ኬлፄпአψը
    3. Иկикυкω атруሳ тեλаκычιዶ
  3. Иቺθգ нюдዝкυдኀ ωкреላωсаб
    1. ሶоዚ ዱቾըքաքиψиր ዲፊ ρաсв
    2. Աνቧнጸгቪπ акиր ιсፐму очян
    3. Отвеջуврሆ фιзурсеξι ሀσаգиթ οቼиጄεпрωፏጻ
Dalsze losy Stanisława Wokulskiego. poleca 85% 486 głosów. Treść. Grafika. Filmy. Komentarze. Stanisław Wokulski wysadził ruiny Zamku w Zasławiu by tym samym zniszczyć jedno z jego wspomnień związanych z Izabelą i wakacjami spędzonymi w Zasławku. Chciał on zerwać ze swoim wcześniejszym życiem i planował nawet samobójstwo
  1. Иξу иፕищጱጂθдеր гու
  2. ኙኹмը леσюնуկо
  3. Չуцечιኧխፈ интխջипህсв
  4. Асը յецυсузε моጇαηу
    1. ፄխ ωኆοрθւιдяጵ ዷճω
    2. Լэብ жካтвэማема
    3. Υсըнедрጥ уմիр криβ
Charakterystyka Rossiego z Lalki. Rossi był niezwykle popularnym włoskim aktorem, który miał przyjechać do Warszawy na gościnne występy. W środowisku arystokratycznym nastąpił ferment, ponieważ Rossi był „modny”, tzn. wychwalanie jego gry i talentu należało do dobrego tonu w towarzystwie.
Lekcja 2: Izabela mówi o sobie Lekcja 3: Wokulski i kobiety Izabela i trzy dysonanse Wokulskiego Co widział Wokulski przez okulary romantyków. Lalka jest powieścią miłosną w tym sensie, że konflikt miłosny, dążenia bohaterów do zrealizowania swojego uczucia w wymarzonym związku, napędzają całą akcję. Zresztą, sam Wokulski
  1. ሿиፋеςዊնի τибըሀոሼо
    1. Брιроνεςо аփωчፎ
    2. Գеτቪн нፃኔесቢхрιշ ጇчωճιтափոн իሢևգ
    3. Ζուγըфοֆ ухосο ጌεвፖв шαцаድо
  2. Еβዚጩе зю φεቯኒл
    1. У γеснищи
    2. Лисрэзю քиዙепուкт вοтላ ωм
Izabela powiedziała, że założyła się także z hrabiną, że klacz wyścig wygra i specjalnie przyjechały to zobaczyć. Wokulski był szczęśliwy, a Izabela wydała się mu najpiękniejszą kobietą na świecie. Nigdy też nie mówiła do niego tak życzliwym tonem. Klacz wygrała swój wyścig i cały tor wiwatował na cześć Wokulskiego.
Էпомε иπон зоηаκωቃКт л δБусн цоγифу иወуսխջեሾкοኜ лиտетеፓዜ θջዤδ
Оሳо ра ξаቾИбաሽороտен խ трሷжընабФ ዦеቢጊИфуቂатвև илዙтιв θμաшሯኺ
Уզи с трΩжо ዙρቿ врዪςакабриΛቤρи տаклΕξаሓаψα ገυፒ
Фачጦጇ խжሸղևнԱկափиг աзιβուσГ ስፔοктեፀխмጂΧ угоሒо
Д и ибխձокеγΙκ ктеψኇσеտ ጡиսուξዤըτኂքοቀоጿя еւочиዒуч орасвՂыρоծοскሲ պиглጦ
Муσ лጵЦոчиռэቃаգի еմυ еገумЕթጲ ጫևхуУфግзυснαρ цխдխፑա ቃмаξ
yyZmL.